Ludzie, których nie lubię (czyli wszyscy)
Ludzie z mojego parapetu wyglądają jak zbiorek błędów natury: hałasują, przeszkadzają i robią rzeczy, które kot musi później psychicznie odchorować. Każdy z nich to osobny rodzaj udręki, od wiertarkowców po samozwańczych miłośników kotów, którzy nigdy kota nie dotknęli.
Te felietony to mój terenowy dziennik o gatunku, który uważa się za inteligentny, a funkcjonuje jak mem. Notuję, obserwuję, oceniam — bo ktoś musi utrzymywać porządek w
tym ludzkim chaosie.
Sąsiad z wiertarką – sobotni psychopata
Nie wiem, kto mu powiedział, że sobota rano to dobry moment na wiertarkę, ale ten człowiek traktuje hałas jak rytuał oczyszczenia. Ja obserwuję to z parapetu i zastanawiam się, czy on wierci w ścianie, czy we własnym rozumie. To opowieść o człowieku, który ma potrzebę niszczenia ciszy – i o kocie, który ma potrzebę eliminowania takich ludzi z otoczenia mentalnie, bo prawo mi zabrania inaczej.
Pani „ciiii!” – czyli dlaczego nie lubię dzieci
Z mojego parapetu widzę jedno: dzieci to małe generatory chaosu, a ich opiekunki wierzą, że magiczne „ciiii!” potrafi zatrzymać tornado. Nie potrafi. Ja słyszę wszystko, cierpię najbardziej, a pani „ciiii!” udaje, że kontroluje sytuację, choć nie kontroluje nawet własnych butów. Ten felieton to analiza zjawiska, które łączy w sobie hałas, bieganie i kompletny brak logiki – czyli trzy rzeczy, których kot nie toleruje z zasady.
Człowiek karmiący psa z widelca
Są zachowania, które nawet kot obserwuje z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji. Karmienie psa z widelca to jedno z nich. To rytuał, który łączy w sobie ludzką potrzebę czułości, absolutny brak godności i niepokojące poczucie, że sztućce nie mają praw. Z parapetu widzę scenę, której nie da się odzobaczyć: człowiek i pies, połączeni widelcem w akcie wspólnoty, która przekracza wszystkie granice zdrowego rozsądku. Ten felieton to sekcja zwłok tej relacji.
Selfiarz w windzie
Winda to mała kapsuła, w której człowiek powinien milczeć i wstydzić się własnego istnienia. Ale nie selfiarz. On traktuje te cztery metry kwadratowe jak prywatne studio narcystycznych objawień. Zanim drzwi się zamkną, zdąży już poprawić fryzurę, zrobić trzy miny i udowodnić, że ego mieści się nawet w mikroskopijnej przestrzeni. Kot patrzy na to z dystansu, analizuje i wie jedno: ta osoba jest w stanie zrobić selfie podczas końca świata. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy dobrze wyszła.
Joginka z Instagrama i jej kot w stroju banana
Są momenty, w których człowiek przekracza granicę absurdu i wchodzi na teren, gdzie nawet kot nie ma odwagi zapuszczać się bez przewodnika. Joginka z Instagrama to właśnie ten przypadek: świecka kapłanka elastyczności, co dnia składająca się jak origami, a w tle… jej kot. W stroju banana. Zmuszony do uczestniczenia w religii selfie i pozycjach, które obrażają godność całej kociej cywilizacji. Ten felieton to analiza związku człowieka z jogą, ego i biednym zwierzęciem, którego jedynym grzechem było to, że mieszka w domu z ring lightem.
Ten, co mówi „miau” do mnie
Jest taki typ człowieka, który myśli, że znając jedno słowo z mojego języka, może ze mną prowadzić rozmowy filozoficzne. Podchodzi, patrzy mi w oczy i rzuca „miau”, jakby właśnie wypowiedział zaklęcie otwierające międzygatunkową przyjaźń. Problem w tym, że jego „miau” brzmi jak dławienie się popcornem, a ja muszę udawać, że tego nie słyszę, żeby nie stracić resztek godności. Ten felieton to analiza zjawiska ludzi, którzy próbują być kotami, a kończą jako hałas w futrze.
Kociarz, który nie ma kota
To najdziwniejszy gatunek człowieka: deklaruje wielką miłość do kotów, ma kubek z kotem, skarpetki z kotem, tapetę z kotem… ale kota nie ma. Twierdzi, że „kiedyś będzie miał”, „na pewno by się dogadali”, „kocha koty od zawsze” – a ja widzę tylko pusty dom i jeszcze pustsze słowa. Ten felieton to analiza osobnika, który zbudował kult wokół stworzenia, którego nigdy w życiu nie widział o trzeciej w nocy, wymiotującego na dywan.
Ten, co kupuje mi zabawkę i myśli, że się pobawię
To jest człowiek, który naprawdę wierzy, że kot ma obowiązek okazać wdzięczność. Wchodzi do domu z plastikową rybką, wędką, laserkiem, czymś piszczącym, czymś świecącym i czymś, co wygląda jak projekt studenta wzornictwa po nieprzespanej nocy. I mówi: „Patrz, kupiłem ci! No chodź, pobawimy się!”
A ja?
A ja patrzę na to wszystko i myślę jedno:
czemu ludzie wciąż nie rozumieją, że kot bawi się tym, czym chce – a nie tym, za co zapłacili?
A ja patrzę na to wszystko i myślę jedno:
czemu ludzie wciąż nie rozumieją, że kot bawi się tym, czym chce – a nie tym, za co zapłacili?
Ten felieton to opowieść o człowieku, który próbuje kupić sobie miłość kota, i o kocie, który wybiera… karton po paragonie.
Właściciel papugi. Po prostu nie
Są ludzie, którzy świadomie sprowadzają do domu hałas. Nie przypadkiem. Nie przez pomyłkę. Z premedytacją. Kupują papugę — stworzenie, które krzyczy jak dzwonek alarmowy w fabryce i ma osobowość blendera na najwyższych obrotach. Potem twierdzą, że „papuga jest słodka”, podczas gdy ja siedzę na parapecie i liczę, ile milisekund minie, zanim znowu wykrzyczy coś, co brzmi jak cytat z horroru nagrany puszką po kukurydzy.
Ten felieton to analiza człowieka, który wziął papugę do domu i próbuje żyć jakby wszystko było normalne. Spoiler: nie jest.
Sąsiadka, co myje okna. Mój koszmar
Sąsiadka myje okna z częstotliwością, z jaką kot zmienia zdanie: czyli co pięć minut. I za każdym razem niszczy cały mój światopogląd. Bo okno ma być brudne. Ma mieć ślady łapek, noska, mgiełkę od pary i tę jedną smugę, której nie da się usunąć nawet ścierką z telezakupów.
A ona?
Trze jakby wybielała sumienie.
Szura gąbką.
Psika płynem o zapachu „cytrusowy atak”.
I jeszcze wygląda na dumną.
Trze jakby wybielała sumienie.
Szura gąbką.
Psika płynem o zapachu „cytrusowy atak”.
I jeszcze wygląda na dumną.
Ten felieton to opowieść o kobiecie, która nie rozumie, że czyste okno to zniszczone archiwum moich obserwacji, i o mnie — kocie, który musi za każdym razem zaczynać życie na parapecie od zera.