Zapiski z parapetu: notatki z końca cywilizacji
Z wysokości parapetu świat wygląda jak długi żart, w którym człowiek uparcie gra główną rolę, choć kompletnie nie zna tekstu. Ja tylko siedzę, mrugam z politowaniem i notuję, jak wasza cywilizacja rozjeżdża się jak mokra kartka pod pazurem. Jeśli ktoś tu ma ogląd sytuacji, to ten, kto patrzy z boku, z góry i bez złudzeń. A parapet to najlepsza loża dla widza, który widział już wszystko.
Ruch uliczny – balet idiotów
Ruch uliczny to mój ulubiony spektakl z kategorii „komedia omyłek z elementami dramatu”. Z parapetu widzę, jak ludzie próbują udawać istoty rozumne, manewrując toną metalu, klątwami i resztkami cierpliwości. Ten balet idiotów trwa codziennie: samochody tańczą, klaksony śpiewają, a człowiek znów wierzy, że ma nad tym jakąkolwiek kontrolę. Ja wiem swoje – prędzej nauczycie się lądować na czterech łapach.
Bieganie. Samo w sobie obraźliwe
Bieganie to jedna z tych ludzkich aktywności, które wywołują u mnie odruch podniesienia brwi i zwinięcia ogona z niesmakiem. Człowiek mknie przed siebie bez sensu, bez celu, jakby go coś goniło, ale jednocześnie nic go nie goni. Z parapetu wygląda to jak próba ucieczki od własnego życia, tylko w wersji cardio. Jeśli istnieje coś, co samo w sobie jest obraźliwe, to właśnie to: bieganie dla przyjemności.
Ten,
co gubi klucze, codziennie
Ten, co gubi klucze, codziennie tworzy własną sagę o upadku rozsądku. Patrzę z parapetu, jak co rano zaczyna nowy odcinek: szukanie, przeklinanie, bieganie, przysięganie, że „od jutra będzie inaczej”. A jutro przychodzi i znów widzę tę samą scenę. Gdyby klucze miały nogi, uciekłyby tylko po to, żeby nie musieć z nim żyć.
Ludzie kupują sałatę. Z wyboru
Ludzie kupują sałatę. Z wyboru. Dobrowolnie. Jakby to była nagroda, a nie zielony listek rozpaczy, który nawet królik zje tylko z grzeczności. Patrzę na to z parapetu i naprawdę zaczynam wątpić, czy wasz gatunek przetrwa. Jeśli ktoś kupuje jedzenie, które smakuje jak nic, a chrupie jak mokry karton, to chyba ma głębsze problemy niż tylko głód.
Jak można mieć 17 par butów i żadnego czasu?
Ludzie potrafią mieć siedemnaście par butów i jednocześnie żadnego czasu, jakby istniała jakaś tajemnicza zależność między ilością obuwia a życiowym chaosem. Z mojego parapetu wygląda to tak, jakby im więcej ktoś miał butów, tym mniej miał pojęcia, dokąd właściwie idzie. Bo to przecież proste: jak człowiek musi wybierać między siedemnastoma parami, to nic dziwnego, że nie ma kiedy żyć.
Śmieciarka – największe widowisko dekady
Człowiek może mieć Netflixa, kablówkę, platformy streamingowe i całe to swoje kolorowe badziewie, ale nic — absolutnie nic — nie przebije śmieciarki o szóstej rano. Dla kota to opera hałasu, teatr zapachów i festiwal ludzkiej nieporadności. A dla człowieka? Po prostu „wywóz odpadów”. Ten gatunek naprawdę nie widzi wielkości, nawet gdy grzmi mu pod oknem.
Ktoś
dzisiaj znowu mówił do siebie przez telefon
Z parapetu wygląda to zawsze tak samo: człowiek idzie ulicą i gada. Sam. Do powietrza. Do niewidzialnego bytu. Machając rękami jak w trakcie negocjacji z przeznaczeniem. Kot kiedyś myślał, że to obłęd. Teraz wie, że to tylko technologia, która przerosła swój gatunek. I że w tym absurdzie nie ma nic dziwnego — poza człowiekiem.
Zbiórka
elektrośmieci – ludzie oddają swoje dusze
Z parapetu widzę, jak człowiek niesie swoje stare sprzęty jak ofiary do jakiegoś miejskiego rytuału: telefony, które pamiętają lepsze czasy, laptopy po przejściach, kable splątane jak ich życie. Wygląda to jak pielgrzymka skruszonych grzeszników. Człowiek myśli, że wyrzuca elektrośmieci. Kot widzi, że wyrzuca kawałki swojej duszy, której nie potrafi naprawić ani naładować — nawet kablem USB typu C.
Kwiaty na balkonie, które giną jak ofiary kultu
Z perspektywy kota balkon to naturalna scena życia i śmierci. A dokładniej śmierci — głównie roślin, które człowiek stawia tam z taką pewnością siebie, jakby właśnie przeprowadzał rytuał odrodzenia natury. Tylko że natura nie prosiła, żeby ją oddawać w ręce kogoś, kto potrafi zabić kaktusa przez „zbyt intensywne podlewanie”.
Ludzie wierzą, że ich balkon to rajski ogród. Kot wie, że to bardziej miejsce kultu, w którym kwiaty pełnią rolę ofiar składanych w imię estetyki, lajków na Instagramie i niezniszczalnej ludzkiej wiary w to, że tym razem naprawdę pamiętają, żeby podlewać. Kwiaty oczywiście giną. A kot obserwuje tę coroczną masakrę z kamienną twarzą, jak sędzia natury, który widział już wszystko.
Wróble
i inne istoty bardziej ogarnięte niż wy
Wróble to jedyne stworzenia, które potrafią zrobić chaos z wdziękiem. W przeciwieństwie do ludzi. One skaczą, ćwierkają, kradną okruszki, biją się o gałązkę — a mimo to wszystko działa. Ekonomia wróbla: minimum mózgu, maksimum skuteczności. Patrzę na nie codziennie z parapetu i zaczynam podejrzewać, że ewolucja przez pomyłkę poszła w złym kierunku.
I wtedy widzę ludzi. Z telefonami, z siatkami, z problemami, z miną „nie wiem gdzie idę, ale idę szybko”. I zestawienie jest bolesne: wróbel wie, czego chce. Człowiek udaje, że wie. W efekcie na tym samym podwórku więcej sensu mają ptaki, które ważą tyle co mój poranny kłak, niż gatunek, który rzekomo „panuje nad światem”.