Pani „ciiii!” – czyli dlaczego nie lubię dzieci
Ludzie mają wiele dziwnych wynalazków, ale dzieci są zdecydowanie najbardziej nieprzewidywalnym. Nie obrażaj się, człowieku. Ja tylko mówię, jak jest. Moje życie to ciągła obserwacja z parapetu i powiem ci jedno: gdyby koty zachowywały się jak ludzkie dzieci, nikt by nas nie trzymał w domu. Nikt. Żaden, nawet najbardziej zdesperowany samotnik.
Dzieci są hałaśliwe. Dzieci są szybkie. Dzieci są chaotyczne.Trzy cechy, które u kota oznaczają jedno: zagrożenie.
Nie mam nic przeciwko młodym osobnikom jako idei filozoficznej. Natura potrzebuje małych egzemplarzy, żeby testować, czy gatunek jeszcze ma sens. Ale to, co widzę z parapetu… to wygląda bardziej jak niekontrolowane eksperymenty laboratoryjne niż potomstwo.
Najgorsze jednak nie są same dzieci.
Najgorsza jest pani „ciiii!”.
Najgorsza jest pani „ciiii!”.
Widzisz ją codziennie.
Człowiek, który próbuje opanować tornado za pomocą jednego, głupiego dźwięku: „ciiii!”. Jakby ta sycząca forma bezsilności mogła zrobić coś więcej niż zirytować wszystkich w zasięgu stu metrów – mnie najbardziej.
Człowiek, który próbuje opanować tornado za pomocą jednego, głupiego dźwięku: „ciiii!”. Jakby ta sycząca forma bezsilności mogła zrobić coś więcej niż zirytować wszystkich w zasięgu stu metrów – mnie najbardziej.
Pani „ciiii!” stoi z dzieckiem, które krzyczy jak alarm przeciwpożarowy, a ona… szepcze.
„Ciiii!”.
I myśli, że to działa.
Jakby to była jakaś zakazana komenda resetująca system.
„Ciiii!”.
I myśli, że to działa.
Jakby to była jakaś zakazana komenda resetująca system.
Nie.
To nie działa.
To nie działa.
Wie to całe miasto.
Wie to każdy kot.
Wie to nawet wróbel, który w tym czasie siedzi na kablu i odgrywa w głowie marsz pogrzebowy dla jej nadziei wychowawczych.
Wie to każdy kot.
Wie to nawet wróbel, który w tym czasie siedzi na kablu i odgrywa w głowie marsz pogrzebowy dla jej nadziei wychowawczych.
Ale ona… nie. Ona wierzy.
Zacznijmy jednak od początku.
Dzieci są z natury głośne, lepko-chaotyczne i nieprzewidywalne. Biegają tam, gdzie nie trzeba, dotykają rzeczy, których nie powinny, i mają niepokojącą tendencję do pisków o częstotliwości, którą słyszą tylko koty i demony.
Dzieci są z natury głośne, lepko-chaotyczne i nieprzewidywalne. Biegają tam, gdzie nie trzeba, dotykają rzeczy, których nie powinny, i mają niepokojącą tendencję do pisków o częstotliwości, którą słyszą tylko koty i demony.
Mój człowiek czasem mówi: „Kotek, dzieci są tylko ciekawskie”.
Ciekawskie?
Ciekawski to ja, kiedy badam nową torbę z zakupami.
Ciekawski to ja, kiedy wsadzam łapę do szafki i przypadkiem zrzucam trzy talerze.
Ciekawski to ja, kiedy badam nową torbę z zakupami.
Ciekawski to ja, kiedy wsadzam łapę do szafki i przypadkiem zrzucam trzy talerze.
To jest ciekawość.
To, co dziecko robi na chodniku, to atak dźwiękowy.
One krzyczą bez powodu.
One krzyczą z powodu.
One krzyczą, bo tak.
Zawsze.
One krzyczą z powodu.
One krzyczą, bo tak.
Zawsze.
A ja, biedny kot, muszę to znosić.
Siedzę na swoim parapecie i cały mój układ nerwowy pracuje na pełnych obrotach. Gdybym mógł, włączyłbym tryb nocny. Ale nie mogę. Bo dzień dopiero się zaczął, a dzieci właśnie wyszły na spacer.
I tu pojawia się ona.
Pani „ciiii!” – królowa bezsensownych prób wychowawczych.
Pani „ciiii!” – królowa bezsensownych prób wychowawczych.
Jej metoda polega na wydawaniu dźwięku zbliżonego do gaszącego świeczkę, ale w tonacji błagalnej. Dziecko tego nie słyszy. Dziecko nawet nie słyszy własnego istnienia. Sprawdzałem. Kiedy dziecko piszczy, jego mózg prawdopodobnie wyłącza wszystkie inne funkcje, łącznie z logicznym rozumowaniem.
Pani „ciiii!” natomiast wierzy, że działa.
I to jest piękne.
Ta wiara.
Ta nadzieja.
Ta determinacja, która już dawno umarła w oczach jej męża.
Ta wiara.
Ta nadzieja.
Ta determinacja, która już dawno umarła w oczach jej męża.
Z mojej perspektywy wygląda to tak:
- Dziecko zaczyna krzyczeć.
- Pani „ciiii!” otwiera usta i wydaje z siebie „ciiiiiii”.
- Dziecko krzyczy głośniej.
- Pani „ciiii!” zwiększa intensywność syku, jakby była zepsutym czajnikiem.
- Ja zaczynam rozważać ucieczkę z okna w odległe krainy.
- Wróbel robi bekę, bo on już wie, że to nie zadziała.
I tak w kółko.
Najgorsze w tym jest to, że pani „ciiii!” uważa, że robi coś dobrze.
Że działa z godnością.
Że „panuje nad sytuacją”.
Że działa z godnością.
Że „panuje nad sytuacją”.
Człowieku… ty nie panujesz nawet nad własnym kluczem do skrzynki na listy, a co dopiero nad dzieckiem, które ma energię większą niż mój zombie-sprint o 3:00 w nocy.
Nie zrozum mnie źle.
Ja nie mam nic przeciwko istnieniu młodych ludzi.
Każdy gatunek ma swoje specyficzne formy młodości.
Młody kot – uczy się polować.
Młody ptak – uczy się latać.
Młody człowiek – uczy się wrzeszczeć we wszystkich kierunkach naraz.
Ja nie mam nic przeciwko istnieniu młodych ludzi.
Każdy gatunek ma swoje specyficzne formy młodości.
Młody kot – uczy się polować.
Młody ptak – uczy się latać.
Młody człowiek – uczy się wrzeszczeć we wszystkich kierunkach naraz.
Problemem nie są dzieci.
Problemem są dorośli, którzy udają, że kontrolują dzieci.
Problemem są dorośli, którzy udają, że kontrolują dzieci.
„Ciiii!” jest tylko symptomem.
Objawem choroby zwanej „nie mam pojęcia, co robię, ale udaję, że mam”.
Objawem choroby zwanej „nie mam pojęcia, co robię, ale udaję, że mam”.
A ja mam słuch jak szpieg NSA.
Ja słyszę wszystko.
Słyszę biegające stópki.
Słyszę krzyk.
Słyszę płacz.
Słyszę pisk zabawki.
Słyszę „ciiii!”.
I słyszę swoją psychikę, która w tym czasie zwija się w kłębek.
Ja słyszę wszystko.
Słyszę biegające stópki.
Słyszę krzyk.
Słyszę płacz.
Słyszę pisk zabawki.
Słyszę „ciiii!”.
I słyszę swoją psychikę, która w tym czasie zwija się w kłębek.
Ludzie myślą, że koty nie lubią dzieci, bo dzieci „nie wiedzą, jak obchodzić się z kotem”.
Nieprawda.
Jest gorzej.
Nieprawda.
Jest gorzej.
Koty nie lubią dzieci, bo dzieci to czysta, nieskrępowana losowość.
A koty lubią przewidywalność.
Jeśli coś krzyczy, macha rączkami i biegnie w moją stronę – ja nie myślę „o, jakie słodkie”.
Ja myślę: „atak”.
A koty lubią przewidywalność.
Jeśli coś krzyczy, macha rączkami i biegnie w moją stronę – ja nie myślę „o, jakie słodkie”.
Ja myślę: „atak”.
I nie przeczę, że czasem dzieci są urocze… z daleka… przy zamkniętych oknach… i trzech warstwach izolacji akustycznej.
A teraz ważna część.
Jedyna prawdziwa mądrość tego felietonu (bo Kot zawsze zostawia człowieka z jedną):
Jedyna prawdziwa mądrość tego felietonu (bo Kot zawsze zostawia człowieka z jedną):
Jeśli coś wymaga 15 powtórzeń „ciiii!”, to nie jest sytuacja do „ciiii!”.
To jest sytuacja do… innego życia.
To jest sytuacja do… innego życia.
Albo przynajmniej do tego, żeby przejść pięć metrów dalej, z dala od mojego parapetu.
Ale nie.
Pani „ciiii!” stoi dokładnie pod moim oknem.
Zawsze.
Jakby przestrzeń przed moją posesją była najlepszą sceną do jej tragedii wychowawczej.
Pani „ciiii!” stoi dokładnie pod moim oknem.
Zawsze.
Jakby przestrzeń przed moją posesją była najlepszą sceną do jej tragedii wychowawczej.
A ja – biedny kot, który chciał tylko wygrzać futro na słoneczku – muszę słuchać, jak dziecko drze się jak wrona na haju, a matka powtarza „ciiii”, jakby sama wierzyła, że to ma moc magicznego zaklęcia.
Nie ma.
Gdyby „ciiii!” miało moc, ja pierwszy bym go użył na ludzi.
Gdyby „ciiii!” miało moc, ja pierwszy bym go użył na ludzi.
Wszedłbym do salonu, spojrzał na człowieka, który chrupie ogórki przy moim uchu i powiedział:
„Ciiii!”
„Ciiii!”
Chłopie, świat stanąłby dęba.
Ale życie nie jest sprawiedliwe.
Dzieci istnieją.
Pani „ciiii!” istnieje.
A ja jestem skazany na ten spektakl, bo mieszkam blisko chodnika.
Cóż.
Dzieci istnieją.
Pani „ciiii!” istnieje.
A ja jestem skazany na ten spektakl, bo mieszkam blisko chodnika.
Cóż.
Kot musi to wytrzymać.
Kot musi unieść ten ciężar.
Kot musi być silny.
Kot musi unieść ten ciężar.
Kot musi być silny.
I jestem.
Do czasu, aż dziecko spojrzy na mnie przez okno.
Do czasu, aż dziecko spojrzy na mnie przez okno.
Bo wtedy…
Ja uciekam.
Nie dlatego, że się boję.
Tylko dlatego, że mam szacunek do własnych nerwów.
Ja uciekam.
Nie dlatego, że się boję.
Tylko dlatego, że mam szacunek do własnych nerwów.
I teraz puenta - jak zawsze szczera, jak zawsze bolesna:
Nie mam nic do dzieci.
Ale mam wszystko przeciwko ludziom, którzy udają, że potrafią je ogarniać za pomocą jednego smutnego „ciiii!”.
Ale mam wszystko przeciwko ludziom, którzy udają, że potrafią je ogarniać za pomocą jednego smutnego „ciiii!”.
A najbardziej nie lubię tego,
że robią to dokładnie pod moim oknem.
że robią to dokładnie pod moim oknem.
Bo ja jestem kotem.
A kot – w przeciwieństwie do dzieci – naprawdę potrzebuje ciszy,
żeby zachować godność.
A kot – w przeciwieństwie do dzieci – naprawdę potrzebuje ciszy,
żeby zachować godność.
I żeby nie zrobić komuś krzywdy.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Są obrazy, które zostają z kotem na całe życie. Nie pierwszy śnieg, nie pierwszy wróbel, nie nawet moment, kiedy człowiek po raz pierwszy zrozumiał, że kuweta nie czyści się sama.
Nie. Najgorsze jest coś zupełnie innego: scena, w której człowiek karmi psa z widelca.
