Przejdź do treści

Kocie urodziny i inne rytuały sekciarskie - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Kocie urodziny i inne rytuały sekciarskie

Człowiek pewnego dnia staje przede mną z miną kogoś, kto odkrył sens życia. Świeci mu się twarz, oddycha szybciej, ręce trzyma za plecami, jakby właśnie wygrał los na loterii i bał się, że ucieknę, zanim mi o tym powie. A potem to pada: „Dzisiaj masz urodzinki!”. I ja w tym momencie wiem, że wszystko jest stracone. Nie dlatego, że czeka mnie tort z tuńczyka czy kolejna sesja zdjęciowa, ale dlatego, że człowiek znowu uruchomił w sobie tę dziwną mieszankę czułości, paniki i rytualnej potrzeby świętowania czegoś, na co ja nie wyraziłem zgody.

kocie urodzinyBo problem jest prosty: ja nie wiem, co to są urodziny. I nie chcę wiedzieć. Kot nie liczy lat, bo po co? Czas dla kota to nie linia prosta — to seria drzemek, punktów komfortu, chwil oświetlonych słońcem i epizodów, w których człowiek robi coś na tyle głupiego, że trzeba to zapamiętać jako ostrzeżenie. To, że minął kolejny rok mojego życia obok nich, nie jest wydarzeniem. Jest faktem. A człowiek nie umie żyć z faktami. Musi zrobić z nich ceremonię.

I wtedy zaczyna się etap przygotowań. To jest poziom zaangażowania, który powinna mieć służba królewska, a nie dorosły człowiek planujący „koci jubileusz”. Otwierają szuflady, wyjmują serpentyny, baloniki, świeczki, z których każda próbuje udawać, że ma sens. A potem robią coś jeszcze gorszego: wyciągają czapeczkę. Tę rozciągliwą, gumkową, upokarzającą czapeczkę, która wygląda, jakby ktoś zaprojektował ją dla stworzenia bez szyi i bez dumy. Próbują ją założyć mi na głowę, a ja czuję się, jakby ktoś zamachnął się na moją osobowość. Ta gumka pod brodą to nie gadżet. To pętla ideologiczna. Symbol sekty.

Patrzę na kartonik „Sto lat, Mruczku!” i próbuję ustalić, czy jest to żart, czy prowokacja. Bo ja nie życzę nikomu sto lat. Ba, ja nawet nie życzę nikomu kolejnych pięciu minut, jeśli właśnie próbował założyć mi coś na głowę. Ale człowiek stoi dumny, jak przy ołtarzu. Dla niego to rytuał przejścia. Dla mnie — akt terroryzmu wizualnego.

A tort. O, tort to jest już inna kategoria koszmaru. Kupa tuńczyka zmieszana z żółtkiem, polana pastą odkłaczającą, uformowana w „serduszko”, które wygląda jak pogrzeb moich marzeń. Człowiek podsuwa mi to pod nos, pełen nadziei, że oto stworzył boską ucztę. Ja widzę coś, co wygląda, jakby ktoś wykorzystał odkurzacz do celów kulinarnych. Stoi i patrzy na mnie jak sekciarz, który czeka na objawienie. Ja patrzę na tort i zastanawiam się, czy jeśli odejdę powoli, to zauważy.

I oczywiście nie może zabraknąć sesji zdjęciowej. Człowiek ustawia telefon, ring light świeci prosto w oczy, jak podczas przesłuchania. Człowiek próbuje mnie ustawić. Mnie. Ustawić. „No, popatrz tu! No uśmiechnij się!”. A ja patrzę z miną kota, który widzi przed sobą przedstawiciela gatunku, który ewoluował w kierunku spektaklu, a nie rozumu. Wychodzi kolekcja zdjęć, na których wyglądam jak zakładnik negocjujący warunki uwolnienia.

Prezenty? Prezenty to tylko kolejny etap absurdu. Dostaję szczoteczkę do zębów, jakbym miał w planach poprawki protetyczne. Dostaję kocyk, który pachnie magazynem i rozczarowaniem. Dostaję zabawkę, która umrze jeszcze tego samego dnia, bo człowiek kupił ją „bo ładnie wyglądała na TikToku”. Ich hojność ma w sobie coś desperackiego — jakby próbowała nadrobić wszystkie momenty, kiedy mnie nie słuchali.

Sama ceremonia… to jest festiwal emocjonalnej przesady. Klaszczą. Śpiewają. Kręcą filmiki. A ja siedzę pośrodku tego kręgu sekty „Święto Kota”, czując energię ludzi, którzy nie wiedzą, kiedy przestać. Patrzą na mnie z czułością, która ociera się o histerię, jakby moje istnienie było dowodem na to, że ich życie ma sens. A ja wiem jedno: ich życie ma sens. Ale ja nie jestem jego fundamentem. Ani symbolem. Ani guru w futrze.

Z mojego punktu widzenia to wszystko jest przemocą symboliczną.

Nie fizyczną — choć czapeczka często ociera się o granice.

Chodzi o narzucanie kotu roli, której nigdy nie chciał.

Kot nie jest maskotką.
Kot nie jest figurką do świętowania.
Kot nie jest bohaterem rodzinnych rytuałów.

Kot po prostu jest.
I w tej egzystencjalnej różnicy tkwi cała prawda:
ludzie robią to, bo boją się zwykłości.

Bo nie umieją usiedzieć z myślą, że dzień jest po prostu dniem.
Tworzą święta, żeby przykleić sens tam, gdzie widzą pustkę.

A kot nie widzi pustki.
Kot widzi przestrzeń.
Kot widzi świat takim, jakim jest.
I ta różnica sprawia, że oni muszą obchodzić „kocie urodziny”, a my — musimy to znosić.

Gdy człowiek naprawdę chce „uczczyć” kota, powinien zrobić jedną prostą rzecz.
Nie śpiewać.
Nie robić tortu.
Nie kupować czapeczek.
Nie nagrywać filmików.
Tylko dać spokój.

To jest jedyny prezent, który ma sens.
Jedyny rytuał, który szanuje godność.
Jedyna ceremonia, która nie obraża inteligencji.

Reszta to sekta.
Ładna, wzruszona, pełna dobrych intencji — ale dalej sekta.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

kot nie spi slodko

Człowiek patrzy na kota zwiniętego w kłębek i przeżywa objawienie. Nagle staje się miękki jak świeżo ugotowany makaron, oczy mu się szkliwią, głos łagodnieje i słyszę to nieuchronne: „Ooo, zobacz, jaki on słodki…”. W tej chwili człowiek naprawdę wierzy, że obserwuje czyste dobro, niewinność zaklętą w futrze, coś na pograniczu objawienia i reklamy mleka. Tymczasem ja, ten rzekomo „słodki” organizm, jestem w fazie taktycznej regeneracji, podczas której cały mój system bojowy ładuje baterie do kolejnego ataku. A oni widzą landrynkę.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną

postaw kawe







Wróć do spisu treści