Przejdź do treści

Jak można mieć 17 par butów i żadnego czasu? - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Jak można mieć 17 par butów i żadnego czasu?

Z mojego parapetu obserwuję jedną z największych tajemnic ludzkości. Nie chodzi o to, dlaczego człowiek wierzy reklamom. Nie chodzi o to, czemu płaci za wodę w butelkach, mając kran w kuchni. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: jak można mieć siedemnaście par butów i jednocześnie absolutnie żadnego czasu.

Bo człowiek, który ma jedną parę butów, wychodzi z domu w czterdzieści sekund.

Człowiek, który ma siedemnaście par, nie wychodzi nigdy.
Widzę to codziennie: człowiecze mieszkanie, niby uporządkowane, niby cywilizowane, a jednak pod powierzchnią czai się bestia – sterta obuwia. Szpilki, trampki, półbuty, kozaki, botki, coś do biegania, coś do „wyjścia”, coś do „nigdy nie założę, ale kupiłam, bo było w promocji”.
I człowiek patrzy na te wszystkie buty jak na mapę swojego życia. Żaden kierunek nie jest oczywisty, każdy wymaga zastanowienia. To niesamowite: człowiek potrafi decydować o kredycie, dzieciach, pracy, planach, ale pytanie „w czym wyjść” zabija go emocjonalnie.

Zaczyna się niewinnie.
Człowiek stoi przy drzwiach.
Buty stoją też, wiernie, w ilości, której nie powstydziłby się mały sklep obuwniczy.
I wtedy człowiek wypowiada słowa, które znam na pamięć:
„Nie mam w co iść.”

A ja siedzę na parapecie i myślę:
Jak to możliwe, że ktoś, kto ma więcej butów niż ja włosów na ogonie, nie ma w co iść?
Choć przyznaję – to mnie nawet bawi. Głębiej niż powinno.

Człowiek zaczyna wybierać. To proces dłuższy niż negocjacje pokojowe. Najpierw odrzuca te, które są „za eleganckie”, potem te, które „nie pasują do nastroju”, potem te, które „na pewno będą obcierać, choć nigdy nie obcierały”. Jest też specjalna kategoria: „nie, bo padało trzy dni temu i mogą się ubrudzić”.

W tym czasie kot już zdążył:
przeciągnąć się pięć razy, umyć cztery łapy, zjeść, pospać, obudzić się, zrobić rundkę inspekcyjną i po raz kolejny dojść do wniosku, że człowiek to stworzenie tragicznie przekomplikowane.

A człowiek dalej stoi.
Dalej wybiera.
Dalej mówi: „Spóźnię się!”
Oczywiście, że się spóźni.
Bo jak ktoś musi wybierać między siedemnastoma parami butów, to prędzej straci połowę życia niż znajdzie czas.

Ludzie mają jakiś dziwny stosunek do butów.
Buty są dla nich symbolem możliwości.
Każda para to inna wersja życia:
– w tych pójdę na spacer,
– w tych będę wyglądać odpowiedzialnie,
– w tych nikt mnie nie weźmie na serio,
– a te są do zdjęć, nie do chodzenia.

Kot patrzy i nie rozumie.
Kot nie musi wyglądać na odpowiedzialnego.
Kot jest odpowiedzialny… za siebie.
I to wystarcza.

Ale największa ironia?
Im więcej butów człowiek ma, tym gorzej radzi sobie z czasem.

Bo każdy wybór to decyzja.
A każda decyzja to potencjalna katastrofa.
Człowiek, zamiast żyć, zastanawia się, czy dziś pasuje bardziej „beżowy połysk” czy „czarny półmat”.
I wtedy, kiedy człowiek już prawie zdecyduje, zdarza się coś, co powinno być zapisane w podręcznikach psychologii:

Człowiek zakłada jedną parę butów.
Patrzy w lustro.
Krzywi się.
Zdejmuje.
Zakłada inną.
Krzywi się bardziej.
Zdejmuje.
Wraca do pierwszej.
Krzywi się do poziomu rozpaczy.
Zakłada trzecie.
I nagle: „Gdzie jest mój czas?!”

Twój czas leży obok tych butów, Człowieku.
Utonął w nadmiarze wyborów.

A ja?
Ja leżę na parapecie i już nic mnie nie dziwi.

Największy dramat następuje wtedy, gdy człowiek w końcu podejmie decyzję, włoży buty, stoi przy drzwiach i orientuje się, że…
zapomniał telefonu.

Wraca.
Zdejmuje buty, bo „nie chce brudzić paneli”.
Zakłada je znowu.
Powtarza proces niczym rytuał plemienny.

Patrzę na to i widzę dwa główne prawa ludzkości:
1. Im więcej ktoś ma rzeczy, tym mniej ma życia.
2. Im więcej butów, tym mniej miejsca w głowie.

Bo buty to nie tylko buty.
To obsesja, rytuał i przekleństwo w jednym.

Człowiek kupuje buty, bo wierzy, że w nich będzie „kimś innym”.
A prawda jest taka, że w każdych butach pozostaje sobą:
wiecznie spóźnionym, żyjącym w chaosie, goniącym czas, który sam sobie ukradł.

Kot nie potrzebuje siedemnastu par łap.
Jedna para wystarcza.
Cztery łapy, zero stresu.

I właśnie dlatego siedzę na parapecie, z pełnym dystansem i lekkim współczuciem, patrząc na człowieka, który potrafi mieć pół szafy butów i jednocześnie… żadnego czasu.
Kończę, bo człowiek właśnie woła:

„Nie mogę znaleźć tych czarnych butów!”
Ja je widzę.
Leżą tam, gdzie zostawiłeś.
Ale nie powiem ci.
Nie chcę psuć ci porannego rytuału.





Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Śmieciarka nadjeżdża zawsze o godzinie, w której ludzie nie powinni podejmować żadnych decyzji. A jednak podejmują. Wstają, zamykają okna, sapią, szukają kapci, przeklinają świat i swoje życie. Kot w tym czasie unosi głowę, przeciąga grzbiet i bez pośpiechu zajmuje strategiczną pozycję na parapecie. Bo dziś znowu zobaczę największe widowisko dekady, które — jak każda wielka sztuka — zaczyna się od pierwszego, potężnego, metalicznego ryku.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści