Parkingi: pola bitwy samców
Parking to miejsce, w którym logika umiera szybciej niż chrupki w misce po trzydniowym głodzie (czyli wcale nie głodzie, ale człowiek nie musi o tym wiedzieć). Wystarczy jeden wolny prostokąt asfaltu, a ludzie zaczynają zachowywać się jak samce w najbardziej desperackiej fazie sezonu godowego.
I nie, to nie metafora. To obserwacja kota, który widział rzeczy, o których nawet miejski monitoring woli milczeć.
Z góry wygląda to tak: oto pojawia się facet w aucie. Ma minę, jakby zaraz miał wygrać coś ważnego, choć w rzeczywistości jedyne, co może zdobyć, to miejsce do odstawienia swojego czterokołowego totemu. W tym samym czasie drugi samiec dostrzega ten sam skrawek przestrzeni. I nagle, dzieje się magia. Magia testosteronu.Jeden przyspiesza.
Drugi też.
Pierwszy udaje, że widzi miejsce pierwszy.
Drugi udaje, że nie widzi pierwszego.
Drugi też.
Pierwszy udaje, że widzi miejsce pierwszy.
Drugi udaje, że nie widzi pierwszego.
A ja widzę ich obu i naprawdę żaden nie robi wrażenia.
Gdyby ktoś nie znał ludzi, pomyślałby, że walczą o przetrwanie gatunku. W rzeczywistości walczą o to, żeby nie odprowadzić auta dziesięć metrów dalej. Dziesięć. Metrów. Dalej. Ja pokonuję więcej, kiedy szukam najmniej żenującego krzaka do swoich potrzeb fizjologicznych.
Najpiękniejsze jest to, że ci ludzie nie potrafią obchodzić się z przestrzenią. Kot, kiedy widzi wolne miejsce, ocenia: szerokie? ciepłe? pachnie podejrzanie? nada się do drzemki? Człowiek widzi wolne miejsce i włącza mu się tryb wojenny. Przestaje mrugać. Przestaje oddychać. Zaczyna cedzić przekleństwa tak cicho, jakby był w kościele, ale z wściekłością większą niż kot, któremu przesunięto miskę o dwa centymetry.
A kiedy już jeden z nich wygra bitwę, wjeżdża tam jak zdobywca kontynentu. Koła krzywo, zderzak na pół chodnika, drzwi otwarte tak szeroko, że tylko czekać, aż ktoś mu je urwie z radości. Potem wysiada, przygładza koszulkę i idzie jak triumfator, choć cały świat widzi, że wygląda jak ktoś, kto pokonał własny cień i uznał to za sukces.
Drugi samiec? Ten, który przegrał?
Ach, tu zaczyna się opera dramatyczna.
On zwalnia, patrzy, kręci głową, robi minę kota, któremu podano bezglutenową karmę, i odjeżdża. Ale pamięta. Oj, pamięta. Człowiek potrafi pamiętać takie rzeczy latami. Kot? Kot śpi dwie godziny i zapomina, o co był foch. Człowiek – nie. Człowiek budzi się po pół roku i mówi: „to tutaj mi zabrali miejsce”. Proszę ja ciebie… imponujące.
On zwalnia, patrzy, kręci głową, robi minę kota, któremu podano bezglutenową karmę, i odjeżdża. Ale pamięta. Oj, pamięta. Człowiek potrafi pamiętać takie rzeczy latami. Kot? Kot śpi dwie godziny i zapomina, o co był foch. Człowiek – nie. Człowiek budzi się po pół roku i mówi: „to tutaj mi zabrali miejsce”. Proszę ja ciebie… imponujące.
Najgorsze jednak zaczyna się zimą. Bo zimą parking to już nie pole walki. To polowanie na mamuta. Białego. Rzadkiego. Ukrytego pod cudzym samochodem. Ludzie jeżdżą w kółko, aż robi mi się niedobrze od patrzenia. Potem wracają z fochem i mówią: „nigdzie nie ma miejsca”. Kot patrzy na to i myśli: „może jakbyś nie próbował zaparkować cztery metry od wejścia, geniuszu?”.
Człowiek zimą odkrywa też fascynującą właściwość śniegu: można nim oblepić auto tak bardzo, że przestaje być autem, a staje się lodowym dziełem sztuki. Wtedy zaczyna się odśnieżanie. I to jest dopiero przedstawienie. Machanie szczotką, mlaskanie, sapiące przekleństwa, a potem triumfalne: „no!”.
Ja patrzę na to z parapetu i nie mogę się nie zastanowić, czemu ludzie jeszcze nie wypracowali jakiegoś rytuału tanecznego na szczęście. Mają już wszystko inne.
Są też tacy, którzy zajmują miejsce „na zapas”: kubełek po farbie, stara opona, krzesło po babci. Człowiek ogłasza teren prywatny przy użyciu śmieci. Kot nigdy by na to nie wpadł. My znaczymy teren elegancko, aromatycznie, bez rekwizytów.
A, i klasyk: parkowanie „na zakładkę”. Czyli człowiek wjechał tak, że drugi już nie wjedzie, trzeci nie wyjedzie, a pies sąsiadki będzie sr… no, robić swoje pod zderzakiem. Chaos. A potem człowiek mówi, że zwierzęta są nieprzewidywalne. Proszę cię.
Jest jeszcze jedna odmiana parkingowego samca: ten, który „tylko na chwilę”. Staje jak mu pasuje, często w poprzek wszystkiego, a potem wraca po trzydziestu minutach z krótkim: „ja tylko skoczyłem po bułki”.
A kota na parapecie skręca z politowania, bo w tym czasie zdążyłbym odbyć trzy drzemki, małą wycieczkę i jedną filozoficzną refleksję o sensie istnienia.
Na końcu i tak wszyscy są obrażeni: zwycięzca, bo jego auto stoi krzywo; przegrany, bo musi iść dalej; reszta, bo musi to oglądać. Jedynym stworzeniem, które naprawdę wygrywa, jestem ja. Mam spektakl, emocje, dramaturgię i zero udziału w tej farsie.
I może właśnie dlatego parkingi są moim ulubionym miejskim teatrem. Nie trzeba biletu, nie trzeba rezerwacji, a obsada zawsze ta sama: ludzie, którzy myślą, że walczą o miejsce, a naprawdę walczą tylko z własnym ego.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Pieszy to stworzenie, które siebie uważa za „pełnoprawnego uczestnika ruchu”.
Ja, kot, uważam go raczej za miejską wersję planktonu: niby istnieje, niby coś robi, ale głównie przesuwa się bez ładu i składu, zajmując przestrzeń i wywołując chaos. Patrzę na nich z parapetu i czasem mam wrażenie, że miasto działa tylko dlatego, że koty nie biorą w tym udziału.
