W każdym bloku pojawia się prędzej czy później ten egzemplarz. Ten, który uznał, że jego balkon nie jest balkonem, tylko sceną życia. Prywatną areną sprawności fizycznej. Miejscem, w którym codziennie musi poinformować całe osiedle, że właśnie buduje sobie biceps. I charakter. I ego. Głównie ego.
Ja, kot, mam balkon z wrodzoną obojętnością. Leżę, patrzę, czasem poluję na muchę. Ten osobnik dostaje się na balkon i nagle wybucha w nim energia godna startu rakiety. Pompki, przysiady, pajacyki. Ciało w ruchu, mina w cierpieniu, dres w napięciu. I oczywiście głośne westchnięcia, jakby podnosił nie hantelki, tylko fundamenty bloku.Zaczyna o szóstej rano. O szóstej. Rano.
Kiedy każdy szanujący się kot kończy dopiero nocną zmianę życia towarzyskiego, a ludzie powinni trzymać ciszę, bo nie wszyscy trawią świt. On wychodzi z mieszkaniem w dresie, który wygląda jakby pamiętał jeszcze czasy, kiedy jego właściciel miał marzenia realistyczne, nie crossfitowe.
Kiedy każdy szanujący się kot kończy dopiero nocną zmianę życia towarzyskiego, a ludzie powinni trzymać ciszę, bo nie wszyscy trawią świt. On wychodzi z mieszkaniem w dresie, który wygląda jakby pamiętał jeszcze czasy, kiedy jego właściciel miał marzenia realistyczne, nie crossfitowe.
Najgorsze jest to, że zanim wykona pierwszą pompkę, musi się rozglądać.
Patrzy w lewo: czy sąsiad patrzy?
Patrzy w prawo: czy ktoś przypadkiem nie nagrywa?
Patrzy w górę: czy siła wyższa błogosławi jego misję udowodnienia światu, że potrafi dotknąć podłogi rękami?
Patrzy w lewo: czy sąsiad patrzy?
Patrzy w prawo: czy ktoś przypadkiem nie nagrywa?
Patrzy w górę: czy siła wyższa błogosławi jego misję udowodnienia światu, że potrafi dotknąć podłogi rękami?
Dopiero wtedy, z nabożnym westchnieniem, zaczyna. A ja, siedząc na parapecie, podziwiam jego wiarę, że ktokolwiek chce to oglądać.
Człowiek, który ćwiczy na balkonie, zawsze robi to z przesadą. Nie może po prostu podnieść ręki. On musi ją wystrzelić. Nie może zwyczajnie przysiąść. On musi prawie spaść. Nie może delikatnie się rozciągnąć. On musi wyglądać, jakby wyciągał sobie kręgosłup przez ucho.
Cisza poranka pęka jak przeterminowany jogurt:
„Haaa!”
„Ufff!”
„Jeszcze… raz…”
I mój ulubiony:
„Trzeba… pracować… nad sobą…!”
„Haaa!”
„Ufff!”
„Jeszcze… raz…”
I mój ulubiony:
„Trzeba… pracować… nad sobą…!”
Jak ja mam nie parsknąć śmiechem, kiedy słyszę tę mantrę człowieka, który trzy dni temu zjadł kebaba XXL o północy, a dwa dni temu mówił sąsiadce, że „od jutra dieta”? Przecież kot, który spadnie z szafki, ma bardziej stabilny plan życiowy.
Kiedy nadchodzi lato, ćwiczący balkonowiec przechodzi w tryb ekshibicjonizmu umiarkowanego. Zrzuca koszulkę, odsłania tors, który jest w połowie biceps, w połowie ambicja, w połowie frustracja (tak, wiem, że są tylko dwie połowy; człowiek potrafi mieć trzy, a nawet cztery, jak się postara). I zaczyna swoje tańce wojenne. Podnosi ręce, macha nogami, napina mięśnie. Nie ćwiczy. On przedstawia. To jest spektakl jednego aktora, którego nikt nie zapraszał.
Wtedy zaczynają się komentarze z bloków naprzeciwko.
Pańcia z trzeciego piętra szepcze: „Znowu zaczyna”.
Pan z parteru cmoka z dezaprobatą.
Dzieci krzyczą: „Mamo, patrz! Pan się wygina!”.
Pańcia z trzeciego piętra szepcze: „Znowu zaczyna”.
Pan z parteru cmoka z dezaprobatą.
Dzieci krzyczą: „Mamo, patrz! Pan się wygina!”.
A ja mam najlepszy widok. Balkony są dla kotów areną obserwacji, a ten przypadek jest serialem lepszym niż wszystkie wasze platformy streamingowe. Każdy odcinek podobny, ale człowiek wkłada w niego taką energię, że aż chce się zamówić popcorn.
Najbardziej rozczulające są jego przerwy. Siada wtedy na krzesełku, ociera pot, patrzy w dal jak bohater wojenny, który przeżył bitwę pod windysem w Biedronce. I zawsze, absolutnie zawsze, mówi do siebie na głos jedno z dwóch zdań:
„Nie jest ze mną tak źle.”
lub
„Jeszcze tylko miesiąc i będę w formie.”
„Nie jest ze mną tak źle.”
lub
„Jeszcze tylko miesiąc i będę w formie.”
Ja mam ochotę zejść z parapetu, stuknąć go łapą w kolano i powiedzieć: „Człowieku, ty od czterech lat mówisz miesiąc”. Ale nie schodzę. Kot nie marnuje energii na rozpaczliwe przypadki.
Czasem jednak jego aktywność inspiruje innych. Sąsiadka z góry robi jogę na dywaniku, ktoś z boku próbuje powtórzyć przysiady, a pan z końca bloku zaczyna wchodzić na balkon z własnym hantelkiem w dłoni.
I wtedy całe osiedle zaczyna pulsować od tej dziwnej, ludzkiej potrzeby udowodnienia sobie, że jeszcze „coś można”. Kot znów patrzy z dystansem. Wiem, że to nie sport. To terapia. Każdy musi w życiu robić coś, co oszukuje go, że panuje nad rzeczywistością.
A ten z balkonu?
On wierzy, że jak zrobi 40 pompek, to świat się poprawi.
Albo chociaż brzuch.
On wierzy, że jak zrobi 40 pompek, to świat się poprawi.
Albo chociaż brzuch.
Patrzę na niego i myślę jedno:
gdyby koty tak się ośmieszały, świat byłby znacznie mniej elegancki.
gdyby koty tak się ośmieszały, świat byłby znacznie mniej elegancki.
Ale człowiek może.
Człowiek musi.
Bo człowiek jest jedynym stworzeniem, które potrafi zbudować sobie siłownię trzy metry nad ziemią i dziwić się, że wszyscy mają z tego ubaw.
Człowiek musi.
Bo człowiek jest jedynym stworzeniem, które potrafi zbudować sobie siłownię trzy metry nad ziemią i dziwić się, że wszyscy mają z tego ubaw.

