Miasto samo w sobie jest wystarczająco głośne. Tramwaje wyją jak porzucone duchy, samochody warczą jakby miały coś do udowodnienia, a sąsiedzi trzaskają drzwiami z intensywnością godną sceny rozwodu. Gdybym chciał spać w akustycznej masakrze, przeprowadziłbym się do centrum budowy metra. A jednak człowiek, stworzenie tak wrażliwe na temperaturę, jak ja na przeterminowaną karmę, postanawia zadać ostateczny cios ciszy: włącza klimatyzator.
Nie byle jaki.Najgorszy typ: taki, który wydaje z siebie wszystkie możliwe dźwięki naraz, jakby ktoś wrzucił do środka odkurzacz, wentylator, żarłocznego gremlina i jeszcze stary modem z lat dziewięćdziesiątych.
Człowiek mówi, że to „komfort”.
Kot mówi, że to zamach na sen.
Kot mówi, że to zamach na sen.
Kiedy przychodzi lato, człowiek zaczyna panikować. Gorąco uderza mu do głowy i powoduje dwa znane objawy:
- narzekanie,
- niekontrolowane wciskanie pilotów od klimatyzacji.
Człowiek nie próbuje znieść temperatury jak istota, która ma choćby strzęp instynktu.
Nie.
Nie.
Człowiek natychmiast odpala tryb „muszę coś zrobić, bo zaraz umrę”.
A potem naciska przycisk ON na urządzeniu, które brzmi jak nielegalna próba startu samolotu w salonie.
Pierwsze, co tracę, to drzemka.
Nieprzerwana, rozkoszna drzemka — filar kociej stabilności psychicznej.
Ona nie ginie powoli.
Ona jest ścięta w pół jak scena z taniego kina akcji:
w jednej sekundzie wyleguję się na parapecie, w drugiej — powietrze zaczyna drżeć, podłoga wibruje, a ja mam wrażenie, że ściana właśnie dostała dreszczy.
Nieprzerwana, rozkoszna drzemka — filar kociej stabilności psychicznej.
Ona nie ginie powoli.
Ona jest ścięta w pół jak scena z taniego kina akcji:
w jednej sekundzie wyleguję się na parapecie, w drugiej — powietrze zaczyna drżeć, podłoga wibruje, a ja mam wrażenie, że ściana właśnie dostała dreszczy.
Człowiek, nieświadomy zbrodni, stoi pod klimatyzatorem i reguluje temperaturę z miną naukowca.
Klik.
Klik.
Klik.
Klik.
Klik.
Klik.
W jego głowie: „Będzie idealnie.”
W mojej: „To jest kara za jakieś dawne grzechy ludzkości.”
W mojej: „To jest kara za jakieś dawne grzechy ludzkości.”
Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak czuły jest koci słuch.
To, co dla niego jest tylko brzęczeniem, dla mnie jest bombardowaniem.
Niskie tony?
Czuję je w ogonie.
Wysokie?
W uszach jak igły.
Średnie?
W mózgu jak cierń.
To, co dla niego jest tylko brzęczeniem, dla mnie jest bombardowaniem.
Niskie tony?
Czuję je w ogonie.
Wysokie?
W uszach jak igły.
Średnie?
W mózgu jak cierń.
To nie jest chłód. To jest akustyczne więzienie.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że człowiek uważa klimatyzator za „symbol cywilizacji”.
Cywilizacja, która polega na tym, że urządzenie hałasuje godzinami tylko po to, żeby człowiek przez chwilę nie czuł, jak bardzo nienawidzi własnego życia latem.
Ludzie mówią, że klimatyzacja to wygoda.
Ale patrząc z boku — to jest głównie uciążliwa terapia szokowa dla kota.
Cywilizacja, która polega na tym, że urządzenie hałasuje godzinami tylko po to, żeby człowiek przez chwilę nie czuł, jak bardzo nienawidzi własnego życia latem.
Ludzie mówią, że klimatyzacja to wygoda.
Ale patrząc z boku — to jest głównie uciążliwa terapia szokowa dla kota.
A potem człowiek siada pod tym zimnym huraganem, owija się kocem (tak, chłodzi się tak bardzo, że musi się dogrzać), drży jak przemarznięty gołąb, ale z miną świadczącą, że wygrał właśnie bitwę z naturą.
Z naturą, dodajmy, która po prostu robiła swoje: było ciepło.
To wszystko.
Z naturą, dodajmy, która po prostu robiła swoje: było ciepło.
To wszystko.
Człowiek nie potrafi współistnieć z temperaturą. On musi ją pokonać.
A potem narzeka na prąd, kaszel, ból głowy i rachunki.
A potem narzeka na prąd, kaszel, ból głowy i rachunki.
Kot natomiast ma jedną metodę:
przesunąć się w chłodniejsze miejsce.
Koniec filozofii.
przesunąć się w chłodniejsze miejsce.
Koniec filozofii.
Gdy klimatyzator pracuje, nie da się znaleźć w mieszkaniu przestrzeni, która nie jest pod ostrzałem dźwięku albo strumienia powietrza.
A człowiek, ten geniusz adaptacji, siada dokładnie w najzimniejszym punkcie, po czym mówi:
„Ale super!”.
Oczywiście że super — do pierwszego przeziębienia, po którym będzie kaszlał tak głośno, że przebije klimatyzator w konkursie decybeli.
A człowiek, ten geniusz adaptacji, siada dokładnie w najzimniejszym punkcie, po czym mówi:
„Ale super!”.
Oczywiście że super — do pierwszego przeziębienia, po którym będzie kaszlał tak głośno, że przebije klimatyzator w konkursie decybeli.
I zgadnij, kto będzie musiał z tym kaszlem żyć?
Tak, ja.
Tak, ja.
Najbardziej fascynuje mnie jednak ludzka wiara, że klimatyzator „poprawia jakość powietrza”.
Z czego niby?
Z cząsteczek spokoju?
Z resztek zdrowego rozsądku?
Bo to jedyne rzeczy, które znikają.
Z czego niby?
Z cząsteczek spokoju?
Z resztek zdrowego rozsądku?
Bo to jedyne rzeczy, które znikają.
Powietrze nie staje się „lepsze”. Ono staje się zimniejsze — i obojętne.
Jak człowiek, który właśnie zdecydował, że hałas jest mniejszym problemem niż potknięcie się o własną potliwość.
Jak człowiek, który właśnie zdecydował, że hałas jest mniejszym problemem niż potknięcie się o własną potliwość.
Najgorsza cecha klimatyzatora?
Jego bezczelna przewidywalność.
Jego bezczelna przewidywalność.
On zawsze włączy się wtedy, kiedy zaczynam zasypiać.
Zawsze.
Nie wcześniej.
Nie później.
W tej jednej idealnej sekundzie, gdy mój oddech robi się cięższy, powieki opadają, a mój mózg mówi: „Tak, teraz”.
Zawsze.
Nie wcześniej.
Nie później.
W tej jednej idealnej sekundzie, gdy mój oddech robi się cięższy, powieki opadają, a mój mózg mówi: „Tak, teraz”.
I BZZZ.
TRRR.
CHR-CHR-CHR.
Koniec snu.
TRRR.
CHR-CHR-CHR.
Koniec snu.
Człowiek tego nie czuje, bo człowiek potrafi zasnąć w hałasie, którego sam jest autorem.
Ale kot nie śpi „mimo wszystko”.
Kot śpi albo w zgodzie z otoczeniem, albo nie śpi wcale.
Ale kot nie śpi „mimo wszystko”.
Kot śpi albo w zgodzie z otoczeniem, albo nie śpi wcale.
Dlatego kiedy klimatyzator się włącza, ja wychodzę.
Do drugiego pokoju, na balkon, do łazienki — gdziekolwiek, gdzie powietrze nie jest agresywne, a dźwięk nie przypomina mechanicznej śmierci.
Człowiek pyta: „Czemu tu nie leżysz?”.
Bo nie jestem maszyną do znoszenia twoich wyborów, człowieku.
Do drugiego pokoju, na balkon, do łazienki — gdziekolwiek, gdzie powietrze nie jest agresywne, a dźwięk nie przypomina mechanicznej śmierci.
Człowiek pyta: „Czemu tu nie leżysz?”.
Bo nie jestem maszyną do znoszenia twoich wyborów, człowieku.
Jestem kotem.
A najlepsze w tym wszystkim?
Człowiek sam nie lubi hałasu.
Gdy ktoś wierci w ścianie — narzeka.
Gdy sąsiad ma głośną pralkę — narzeka.
Gdy samochód zatrąbi o sekundę za długo — narzeka.
Człowiek sam nie lubi hałasu.
Gdy ktoś wierci w ścianie — narzeka.
Gdy sąsiad ma głośną pralkę — narzeka.
Gdy samochód zatrąbi o sekundę za długo — narzeka.
Ale kiedy to jego klimatyzator ryczy jak żelazny demon, nagle:
„O, jak przyjemnie.”
„O, jak przyjemnie.”
Hipokryzja to ich drugi język.
Właśnie dlatego klimatyzator jest najgorszym miejskim potworem:
nie dlatego, że hałasuje,
nie dlatego, że chłodzi do granic absurdu,
ale dlatego, że człowiek szczerze wierzy, iż robi sobie dobrze,
a przy okazji robi źle wszystkim w promieniu trzech metrów.
nie dlatego, że hałasuje,
nie dlatego, że chłodzi do granic absurdu,
ale dlatego, że człowiek szczerze wierzy, iż robi sobie dobrze,
a przy okazji robi źle wszystkim w promieniu trzech metrów.
W tym mnie.
A zły, niewyspany kot to wróg, którego nawet klimatyzator nie schłodzi.

