Miasto ma swoje zwyczaje: jedne głośne, drugie absurdalne, trzecie tylko do obserwowania z bezpiecznej wysokości parapetu. Ale nic — absolutnie nic — nie przebija rytuału balkonowego grilla w deszczu. To jest spektakl, który ludzi definiuje bardziej niż podatki, małżeństwa i ich żałosne próby zrozumienia nas, kotów. Wystarczy mżawka, trzy stopnie ciepła i trochę wolnego czasu, żeby przeciętny człowiek zamienił się w istotę, która desperacko próbuje udowodnić, że lato trwa, choć cała rzeczywistość mówi „weź odpuść”.
Z mojego parapetu wygląda to jak pewien rodzaj turbo-teatru. Nie dramatu, nie komedii, tylko czegoś pomiędzy: tragedii zakrapianej musztardą.Najpierw jest faza zaprzeczenia. Człowiek stoi przed balkonem i patrzy w niebo, jakby negocjował z nim warunki. Deszcz kropie mu po twarzy, wiatr szarpie firanką, ale w jego głowie pojawia się ten zdumiewający ludzki mechanizm zwany „przecież się uda”. Kot w takiej sytuacji po prostu zawraca i idzie spać. Człowiek nie. Człowiek uznaje to za wyzwanie. A kiedy człowiek uważa, że świat rzuca mu wyzwanie, zaczyna się spektakl, który mógłby być materiałem edukacyjnym z psychologii zachowań irracjonalnych.
Ciąg dalszy jest jeszcze lepszy: zbrojenie się. Klapki. Kurtka. Czasem czapka z daszkiem, żeby wyglądał jak wędkarz miejskiego klimatu. Sąsiad wyciąga tego swojego grilla spod stolika, gdzie leżał przez cały rok, a wygląda przy tym jak Indiana Jones, który odnalazł święty artefakt, choć w praktyce to tylko metalowy garnek po przejściach. Już na tym etapie komunikuje wszystkim: robię coś ważnego. Nikt nie zapytał. Ale człowiek już ogłasza heroizm.
I wtedy przychodzi moment rozpalenia.
To jest mój ulubiony fragment.
Deszcz siąpi, wiatr gwizda, kartonik nasiąka jak ręcznik po kąpieli niemowlaka, ogień nie chce współpracować, a człowiek… dmucha. Dmucha jakby od tego zależały losy świata. Wachluje jakby odprawiał rytuał przywołania sensu życia. Sypie podpałkę, która pachnie jak zbrodnia przeciw powonieniu. Dym najpierw idzie prosto w niego, potem w sufit, a potem, oczywiście, w moje okno, jakby przyciągało go moje istnienie.
Siedzę na parapecie w pozie kota, który już widział wszystko, ale i tak za każdym razem nie może uwierzyć, że człowiek to robi dobrowolnie.
Kiedy w końcu udaje mu się uzyskać coś w rodzaju żaru — zwykle kosztem połowy płuca — zaczyna się właściwy dramat. Sąsiad staje nad rusztem jak nad ołtarzem. Krople wody wchodzą mu za kołnierz, ale udaje, że tego nie czuje. Kiełbaski leżą na tyle blisko deszczu, że ich marynata rozcieńcza się łzami niebios. Karkówka wygląda jak mięso, które pogodziło się już z losem. A on, ten człowiek, stoi jak samuraj kuchennego honoru i broni tej iluzji „lata”, którą sam sobie wymyślił.
Wtedy następuje moment fotografowania — bo przecież żaden ludzki rytuał nie istnieje, jeśli nie ma dowodu w internecie. Hasztagi unoszą się w powietrzu niczym dym: #grill #prawdzimezczyzna #jestjakjest. Kot patrzy i wie swoje: gdyby mieli futro, nigdy nie wystawialiby go na taki deszcz.
Z czasem dołącza reszta rodziny, choć zwykle nie z własnej woli. Dzieci wychylają głowy zza firanki, widząc ojca jak lokalnego bohatera, który skrzyżował kuchnię polową z survivalem. Matka przewraca oczami w rytm kropli deszczu. Nie wierzy w ten projekt, ale została wciągnięta, bo człowiek ma tę paskudną cechę: kiedy robi coś głupiego, chce świadków.
W moich kocich obserwacjach jest jednak coś głębszego. Grill w deszczu to metafora ludzkiego uporu: tego ich śmiesznego przekonania, że jak zaczną, to „muszą dokończyć”, choć cały wszechświat błaga o przerwę. Kot przerwałby to po pięciu sekundach. Najwyżej po siedmiu, gdyby było ciepłe.
Kulminacja: człowiek siada na mokrym krzesełku balkonowym, trzymając talerz z czymś, co kiedyś było kiełbasą, i mówi słowa, które za każdym razem doprowadzają mnie do miauczenia w pustkę:
„No, było warto.”
Było?
WARTO?
WARTO?
Chyba tylko po to, żebym znów mógł siedzieć na parapecie i analizować, jak absurdalne są ludzkie próby „łapania chwili”.
Kiedy w końcu wraca do mieszkania, śmierdząc dymem jak ognisko po kolonii, zamyka za sobą drzwi i zostawia balkon samotny, mokry i pełen resztek ambicji. Ja zostaję i patrzę jeszcze chwilę, bo wiem, że człowiek wróci tu za tydzień. Może w deszcz, może w wichurę, może w śnieg. Człowiek nie ma futra, więc nie ma też sygnału ostrzegawczego, kiedy powinien odpuścić.
A ja?
Ja będę patrzył.
Bo ktoś musi być świadkiem tego spektaklu, ktoś musi go skomentować, ktoś musi go zapamiętać.
Ja będę patrzył.
Bo ktoś musi być świadkiem tego spektaklu, ktoś musi go skomentować, ktoś musi go zapamiętać.
I oczywiście ktoś musi potem wszystko zrzucić ze stołu.

