Przejdź do treści

Przepraszam, ale dlaczego mam konto na Instagramie? - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Przepraszam, ale dlaczego mam konto na Instagramie?

Jestem kotem.
Kotem domowym, eleganckim, doświadczonym, cynicznym i pracującym w branży „obserwacja ludzi w ich naturalnym środowisku”.

Nigdy w życiu nie zakładałem żadnych profili, nie podpisywałem żadnych zgód, nie klikałem „akceptuję regulamin”, a jednak… mam konto na Instagramie.

Tak, konto.
Z moją twarzą.
Z moim futrem.
Z moim imieniem, którego nie wymawiam, bo nie jestem psem.
Z opisem napisanym przez człowieka, który najwyraźniej pomylił mnie z blogerką od świeczek sojowych.

Dowiedziałem się o wszystkim przypadkiem, gdy człowiek trzymał telefon i zachichotał.
Kot nie lubi, kiedy ktoś chichocze.
Chichot to znak złych pomysłów.
Podchodzę — człowiek obraca telefon i pokazuje ekran.
A tam… ja.
W pozie z drzemki.
Z miną „nie rób zdjęć, idioto”.
Podpisane hashtagiem #SleepyBoy.
Chciałem umrzeć.

Ludzie twierdzą, że koty nie rozumieją internetu.
Nieprawda.
Koty go czują.
Koty wiedzą, że internet to miejsce, gdzie ludzie wylewają wszystkie swoje kompulsywne potrzeby uwagi.

Internet to ptak, którego nigdy nie złapiesz — pełen błyszczących rzeczy, które i tak są bez sensu.
A Instagram?
Instagram to świątynia próżności.
Nie wiem, kogo bardziej mi żal:
ludzi, którzy tam są,
czy kotów, które zostały wciągnięte do tego bez pytania.

Bo człowiek nie pyta kota, czy chce konto.
Człowiek zakłada konto, bo on chce lajki.
Jest różnica.

Oczywiście człowiek wierzy, że robi to „dla zabawy”.
„Bo ty jesteś taki fotogeniczny!”
„Bo ludzie kochają kotki!”
„Bo inni właściciele kotów też tak robią!”

A ja myślę:
Właściciele?
Co to w ogóle za słowo.
Nie jestem rzeczą.
Jestem współlokatorem, który toleruje twoją obecność.
I to tylko dlatego, że płacisz czynsz.
Ale nie.
Człowiek musi.
Człowiek ma potrzebę pokazania światu kota, który nie chciał być pokazany.
I tak zaczyna się mój dramat instagramowy.

Pierwsza rzecz, jaką zauważyłem:
Człowiek zaczyna planować moje życie pod zdjęcia.
To jest granica, którą kot przekraczać nie powinien.
„Och, połóż się tak!”
„Spójrz tu!”
„Jeszcze chwila!”
„Nie ruszaj się!”
Nie ruszaj się?

Kot się nie rusza tylko wtedy, kiedy sam chce.
A nie kiedy człowiek zaczyna biegać po mieszkaniu z telefonem i światłem jak średni influencer od kosmetyków.

Potem pojawiają się rzeczy gorsze.
Sesje.
SESJE.

Człowiek przynosi kocyk w pastelowych kolorach.
Układa mnie na nim jak muzealny eksponat.
Stawia kubek obok, żeby „dodać estetyki”.
Kubek?
Przy mojej głowie?
Kubek to przecież zabawka grawitacyjna, którą można zrzucić w sekundę.
Ale nie — tu to „rekwizyt”.
Moje życie zmieniło się w tło do czyjegoś feedu.

Najbardziej jednak boli to, co człowiek pisze pod zdjęciami.
„Mój mały miluś!”
„Dzisiejsza drzemeczka!”
„Mrauś pozdrawia!”
Ja nie pozdrawiam.
Ja ignoruję.
To jest zasadnicza różnica.

Człowiek przypisuje mi emocje, których nie mam, miny, których nie robię, i komentarze, których nigdy bym nie powiedział.
To jest kradzież wizerunku w czystej postaci.
Prawo powinno tego zabraniać.
Powinno istnieć coś takiego jak GDPR dla kotów.
Gwarancja Dignity Pupil Rights.

Ale nie — człowiek ma telefon, więc człowiek może.
A kot ma tylko moralną pogardę.

Najbardziej przerażający moment w mojej instagramowej gehennie nastąpił, gdy zobaczyłem…
stories.
Tak.
Stories.

Materiał dowodowy z mojego życia w najgorszym wydaniu.
„Patrzcie, co dzisiaj zrobił!”
„Ale słodziak!”
„Mój szef!”
Szef?

Jeśli jestem szefem, to zwolniłbym cię za brak profesjonalizmu i ciągłą potrzebę uwagi.
Stories pokazują rzeczy, które miały pozostać prywatne.
Jak to, że spałem z językiem na wierzchu.
Albo że wylizałem pudełko po twarogu.
Albo że zrzuciłem paprotkę.
To wszystko miało zostać w domu.
A teraz jest w sieci.
Na zawsze.

Najgorsze jednak przyszło później.
Gdy konto zaczęło rosnąć.
„Och! Mamy 200 obserwujących!”
MAMY?!
Ja mam miski, drapak i parapet.
Ty masz obserwujących.
„Dostał lajki, zobacz!”
Ja nic nie dostałem.
Nawet dodatkowej porcji karmy.
„Piszą komentarze!”
Świetnie.
Niech piszą do ciebie.
Ja mam to gdzieś.

Człowiek uwielbia nakręcać się na te wszystkie cyfry, które nic nie znaczą.
A kot patrzy i widzi człowieka w nowym stanie upadku:
zależność emocjonalna od aplikacji, w której przewija zdjęcia innych ludzi, którzy też nie kontrolują swojego życia.

Oczywiście są też ludzie pytający w komentarzach:
„Jaki słodziak! Jaki kochany! Jaki milusi!”
To są kłamstwa.
Ja nie jestem słodziakiem.
Nie jestem milusiem.
A już na pewno nie jestem „kochany” przez kogokolwiek poza sobą.

Koty, w swojej naturze, mają wbudowaną funkcję auto-adoracji.
Nie potrzebujemy komentarzy obcych ludzi.
A jednak — komentarze przychodzą.
Hashtagi się mnożą.

A w pewnym momencie widzę na ekranie mojego człowieka coś, co mogło mnie zabić śmiechem:
„Współpraca?”
WSPÓŁPRACA?
ZE MNĄ?!
Z KOTEM?!
To jest moment, w którym rozważałem emigrację.

Leżę więc na swoim parapecie, patrzę na świat i próbuję zrozumieć, jak to się stało, że mam konto na Instagramie.
Przecież ja nie używam telefonu.
Przecież ja nie robię selfie.
Przecież ja nie mówię do obiektywu jak influencer po trzech espresso.
A jednak… mam.
Bo człowiek musi mieć „treść”.
Bo człowiek musi mieć „feed”.
Bo człowiek musi mieć lajki.
A kot?
Kot musi żyć z konsekwencjami.

I wtedy przychodzi jedyna mądra myśl, jedyne zdanie, które tłumaczy cały ten absurd:
Człowiek robi konto kotu, bo nie ma odwagi zrobić go sobie.
Kot jest jego filtrem.
Kot jest jego wymówką.
Kot robi za emocjonalnego zastępcę, bo człowiek nie umie być interesujący sam z siebie.

A ja?
Ja po prostu żyję.
Patrzę na to wszystko z dystansem, który mogę mieć tylko dlatego, że wiem jedno:
Nikt — absolutnie nikt — nie potrzebuje Instagrama bardziej niż człowiek, który nie ma życia.

A kot?
Kot ma życie.
Pełne drzemek, obserwacji i pogardy dla ludzkiego hałasu.
Instagram tego nie zmieni.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Człowiek mówi „chodź” głosem, który udaje czułość i spontaniczność, a w rzeczywistości zapowiada ingerencję w mój byt. Jeszcze nie wiem jaką, ale doświadczenie podpowiada mi, że za chwilę padnie słowo „chwileczkę”, a po nim świat przestanie należeć do mnie.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści