To nie są „bąbelki”, tylko moje rzygi
Zawsze zaczyna się tak samo: cichy dźwięk z głębi mojego majestatycznego wnętrza.
Taki odgłos, który wgryza się człowiekowi w kręgosłup szybciej niż przypomnienie o kredycie.
khr… khr… khr-hrrr…
Taki odgłos, który wgryza się człowiekowi w kręgosłup szybciej niż przypomnienie o kredycie.
khr… khr… khr-hrrr…
A człowiek momentalnie wpada w ten swój tryb alarmowy, jakby ratował porzucone foczątko z topniejącej kry.Rzuca telefon, rzuca widelec, rzuca godność, biegnie, ślizga się po panelach, bełkocze: „nie, nie tu, nie teraz, błagam!”.
A ja?
A ja stoję jak budda z wąsami.
A ja stoję jak budda z wąsami.
Proces trwa.
Nie da się go zatrzymać prośbą, błaganiem ani krzykiem rodem z meksykańskiej telenoweli.
Organizm rozpoczął seans, bilety nieważne, widzowie nieproszeni.
Nie da się go zatrzymać prośbą, błaganiem ani krzykiem rodem z meksykańskiej telenoweli.
Organizm rozpoczął seans, bilety nieważne, widzowie nieproszeni.
I wtedy pada to słowo.
To jedno słowo, które wywołuje u mnie taką mieszankę rozbawienia i zażenowania, że aż chce mi się powtórzyć cały proces jeszcze raz — dla efektu artystycznego.
„Bąbelki.”
To jedno słowo, które wywołuje u mnie taką mieszankę rozbawienia i zażenowania, że aż chce mi się powtórzyć cały proces jeszcze raz — dla efektu artystycznego.
„Bąbelki.”
Człowiek naprawdę wierzy, że to, co właśnie wylądowało na podłodze, ma coś wspólnego z bąbelkami.
Jakąś pianką.
Czupryną z cappuccino.
Czymś, co można by sprzedać w cukierni.
Jakąś pianką.
Czupryną z cappuccino.
Czymś, co można by sprzedać w cukierni.
Tymczasem ja widzę tylko desperacką próbę nadania światu łagodniejszego tonu, bo rzeczywistość znów podeszła człowiekowi pod buty bez pytania.
To nie są bąbelki, to jest życie. Życie w formie płynnej, dynamicznej, czasem parującej.
A ludzie, jak to ludzie, próbują wszystko zmiękczyć językiem.
„To pewnie pianka…”, „to tylko coś tam mu zaszkodziło…”, „on chyba źle się czuje…”.
„To pewnie pianka…”, „to tylko coś tam mu zaszkodziło…”, „on chyba źle się czuje…”.
Nie, drogi homo sapiensie.
To jest po prostu rzyg.
To jest po prostu rzyg.
Czysta, nieskażona niczym prawda o moim układzie pokarmowym, twoich wyborach karmowych, a czasem o twojej psychice.
Czasem rzygam, bo zjadłem za szybko — normalne.
Czasem, bo futro postanowiło wrócić na wolność — piękny, naturalny proces.
Czasem, bo trawa przemówiła do mojego wnętrza — filozoficznie.
A czasem…
czasem rzygam, bo człowiek mnie doprowadził do granic egzystencjalnej tolerancji i organizm postanowił wyrazić to w formie performansu.
czasem rzygam, bo człowiek mnie doprowadził do granic egzystencjalnej tolerancji i organizm postanowił wyrazić to w formie performansu.
To nie jest zemsta.
To jest komentarz.
To jest komentarz.
I teraz najzabawniejsze.
Człowiek reaguje tak, jakby właśnie odkrył nową erę małżeńskich problemów.
Panika totalna.
Głos drży.
Ręce drżą.
Życie drży.
On ma wrażenie, że patrzy na koniec świata w wersji mini.
Panika totalna.
Głos drży.
Ręce drżą.
Życie drży.
On ma wrażenie, że patrzy na koniec świata w wersji mini.
A ja stoję obok i myślę: Mógłbyś chociaż zauważyć, że jestem żywy. I piękny. I że to twoja karma pachniała jak wyrób czekoladopodobny.
Potem następuje sprzątanie.
Ludzka ceremonia pokuty.
Ludzka ceremonia pokuty.
Schyla się, wzdycha, wącha, analizuje, wzdycha jeszcze mocniej, robi przerwę egzystencjalną, zastanawia się nad własnymi decyzjami życiowymi, po czym wraca, uzbrojony w papier ręcznikowy i nadzieję, że nikt nigdy się o tym nie dowie.
Patrzy na podłogę, patrzy na mnie, patrzy na podłogę.
W jego oczach czysta tragedia.
W jego oczach czysta tragedia.
W moich — znudzony spokój istoty, która wie, że życie to proces. Nie event.
A kiedy człowiek już sprząta, sarka, narzeka, jęczy…
ja wstaję.
Powoli.
Z dumą.
Delikatnie poprawiam futro, bo trzeba zachować styl.
I idę.
Po prostu odchodzę w kierunku przeciwnym do kierunku jego wiary w kontrolę.
Czasem, dla dramaturgii, oglądam się przez ramię.
Czasem, jeśli życie postanowi dorzucić mu dodatkową traumę, wracam i zjadam to.
Tak.
Żeby dobitnie pokazać, że jego przerażenie dotyczy czegoś, co… w zasadzie nigdy nie opuściło systemu.
ja wstaję.
Powoli.
Z dumą.
Delikatnie poprawiam futro, bo trzeba zachować styl.
I idę.
Po prostu odchodzę w kierunku przeciwnym do kierunku jego wiary w kontrolę.
Czasem, dla dramaturgii, oglądam się przez ramię.
Czasem, jeśli życie postanowi dorzucić mu dodatkową traumę, wracam i zjadam to.
Tak.
Żeby dobitnie pokazać, że jego przerażenie dotyczy czegoś, co… w zasadzie nigdy nie opuściło systemu.
Człowiek wtedy dostaje chwilowy atak egzystencjalnego zatrzymania — taki moment, w którym dusza wychodzi mu z ciała, patrzy na niego z boku i mówi: „naprawdę?”.
Ale najgłębsza warstwa jest ukryta gdzie indziej.
W tym, jak człowiek chce, żeby świat był sterylny, czysty, przewidywalny, pachnący jak proszek do prania w reklamie, a nie jak kot, który żyje, je, myśli, linieje i czasem rzyga, bo taka jest jego natura.
W tym, jak człowiek chce, żeby świat był sterylny, czysty, przewidywalny, pachnący jak proszek do prania w reklamie, a nie jak kot, który żyje, je, myśli, linieje i czasem rzyga, bo taka jest jego natura.
Człowiek pragnie orientacji, harmonii, symetrii.
Kot — doświadczenia.
Człowiek chce ładnego języka.
Kot chce prawdziwego świata.
Człowiek chce, żeby wszystko dało się przewidzieć.
A kot pokazuje mu, że nie da się przewidzieć nawet drogi kawałka śluzu na panelach.
Kot — doświadczenia.
Człowiek chce ładnego języka.
Kot chce prawdziwego świata.
Człowiek chce, żeby wszystko dało się przewidzieć.
A kot pokazuje mu, że nie da się przewidzieć nawet drogi kawałka śluzu na panelach.
I tu właśnie rodzi się ich problem.
Oni nie znoszą sygnałów, które przypominają im, że nie mają kontroli.
A moje rzygi są tego najlepszym przykładem:
nagłe, nieproszona, bez negocjacji.
Oni nie znoszą sygnałów, które przypominają im, że nie mają kontroli.
A moje rzygi są tego najlepszym przykładem:
nagłe, nieproszona, bez negocjacji.
Prawda wyrzucona na podłogę.
W formie błyszczącej lub matowej — zależnie od diety.
W formie błyszczącej lub matowej — zależnie od diety.
Czyli, mówiąc językiem filozofii:
moje rzygi są lustrem, w którym człowiek widzi własne ograniczenia.
moje rzygi są lustrem, w którym człowiek widzi własne ograniczenia.
A jeśli człowiek chce mniej rzygania, to może spróbować prostych rzeczy:
dać lepszą karmę,
dać spokój,
dać przestrzeń,
dać ciszę,
nie wciskać trawy z marketu za 2,99, która bardziej nadaje się na bukiet ślubny niż do żołądka kota.
dać lepszą karmę,
dać spokój,
dać przestrzeń,
dać ciszę,
nie wciskać trawy z marketu za 2,99, która bardziej nadaje się na bukiet ślubny niż do żołądka kota.
Bo ja nie dramatyzuję.
Ja komunikuję.
To wy nie umiecie czytać, tylko panikować.
Ja komunikuję.
To wy nie umiecie czytać, tylko panikować.
A ja…?
Ja po wszystkim idę spać.
Z czystym sumieniem.
Z czystym sumieniem.
Z czystym żołądkiem.
I z głębokim przekonaniem, że cokolwiek zrobię — i tak nazwiecie to „bąbelkami”.
I z głębokim przekonaniem, że cokolwiek zrobię — i tak nazwiecie to „bąbelkami”.
Na marginesie
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.
Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Człowiek pewnego dnia staje przede mną z miną kogoś, kto odkrył sens życia. Świeci mu się twarz, oddycha szybciej, ręce trzyma za plecami, jakby właśnie wygrał los na loterii i bał się, że ucieknę, zanim mi o tym powie. A potem to pada: „Dzisiaj masz urodzinki!”. I ja w tym momencie wiem, że wszystko jest stracone. Nie dlatego, że czeka mnie tort z tuńczyka czy kolejna sesja zdjęciowa, ale dlatego, że człowiek znowu uruchomił w sobie tę dziwną mieszankę czułości, paniki i rytualnej potrzeby świętowania czegoś, na co ja nie wyraziłem zgody.
