Przejdź do treści

Ruch uliczny – balet idiotów - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Ruch uliczny – balet idiotów
Z mojego parapetu ulica wygląda jak scena teatru, który nie ma reżysera, a aktorzy przyszli tu tylko dlatego, że nie wypadało odmówić. Każdy gra swoją rolę źle, ale z pełnym przekonaniem, że zasługuje na owacje. Ludzie mają tę cudowną cechę: traktują poważnie wszystko, nawet własne pomyłki, a już drogowe pomyłki traktują jak osobisty wkład w rozwój cywilizacji. Tyle że z mojej perspektywy wygląda to tak, jakbyście codziennie przeprowadzali inscenizację końca świata na żywo.

Poranek zaczyna się zawsze tak samo: jeden wielki westchnieniowy koncert. Samochody mruczą, ludzie przeklinają, a ja, kot, który wstał tylko dlatego, że słońce weszło mi na futro, patrzę na to i myślę: szczęście, że mam dziewięć żyć. Wy byście chcieli mieć chociaż jedno naprawdę wykorzystane.

Wygląda to tak: człowiek wsiada do samochodu i w sekundę zmienia gatunek. Z normalnego, nieco zagubionego homo sapiens w osobnika nastawionego bojowo, który wierzy, że droga jest miejscem do udowadniania czegokolwiek.
Kierownica działa na ludzi jak jakiś wyjątkowo zły amulet: wystarczy jej dotknąć, a człowiek zaczyna wierzyć, że świat jest źle zaprojektowany, ale on zaraz to naprawi.

Z parapetu widzę więc pierwszy akt: kierowca frontowy, ten, który rusza jakby miał zamiar wygrać wyścig o lepsze jutro. Tylko że jego "jutro" to korek pięćset metrów dalej, a jedyne, co osiągnie, to kolejne zmarszczki i utratę wiary w ludzkość. Za każdym razem, kiedy wciska gaz i hamulec naprzemiennie, wygląda jak ktoś, kto próbuje grać na instrumentach, których nigdy wcześniej nie widział.

Drugi akt, równie zabawny, to pieszy prorok od objawienia. Pieszy zawsze ma wrażenie, że świat się zatrzyma, bo on idzie. I człowiek rzeczywiście idzie – powoli, majestatycznie, jakby niósł w sobie sekretną odpowiedź na tajemnicę istnienia. Problem w tym, że jedyne, co niesie, to reklamówka i brak jakiegokolwiek planu. Patrzę na takiego i myślę: jeśli to jest gatunek, który rządzi planetą, to naprawdę wszystko zależy już od kotów.

Trzeci akt to oczywiście rowerzysta jasnowidz. Rowerzysta wierzy, że jeśli jedzie szybko i patrzy w jeden punkt, to wszechświat automatycznie go ochroni. W ciągu dnia widzę kilku takich – suną po ulicach z miną bohaterów tragicznych, przekonani, że ich pojawienie się na drodze jest darem dla ludzkości. Gdyby mieli ogony, stawiałyby się im cały czas.

A potem nadchodzi ona, królowa parkowania pod zakazem. Zawsze w za małych okularach i z telefonem przyklejonym do ucha, stoi tam, gdzie nikt normalny by nie stanął: na przejściu, na zakręcie, na pasach, pewnie nawet w twojej lodówce, gdyby się dało. Za to zawsze z tą samą miną: „to tylko na chwilę”. Z góry widzę, jak na tę „chwilę” trzeba czekać dwanaście minut i trzy monologi o tym, że nigdzie nie ma miejsc. A gdzie mają być, skoro ona wszystkie zajmuje?

Jednak najlepsze są momenty kulminacyjne. Te, kiedy wszyscy naraz ruszają, hamują, gestykulują, pokazują sobie palcami, co myślą o genetyce drugiej strony. Z poziomu ulicy wygląda to jak chaos, ale z parapetu – jak próba stworzenia choreografii. Nierównej, niezgrabnej, ale konsekwentnie dziwnej.

Wtedy właśnie widać prawdę o ludzkim ruchu ulicznym: to nie jest komunikacja. To jest terapia grupowa. Publiczna, hałaśliwa i zupełnie nieskuteczna.

A wieczorami? Wieczorami ruch uliczny zmienia się w spektakl dramatyczny. Wszyscy są zmęczeni, wszyscy chcą do domu, każdy wierzy, że jego sprawy były najważniejsze. Emocje lecą w powietrzu jak te wasze plastikowe reklamówki: bez kontroli, bez kierunku, byle w przód. A ja siedzę i liczę, ile razy ktoś zapomni, że czerwona strzałka nie oznacza „jedź, bo ci smutno”.

Z parapetu wszystko to wygląda jak próba generalna do upadku cywilizacji. Jedni sobie trąbią, drudzy się obrażają, trzeci wchodzą na pasy, patrząc w telefon, a czwarty robi selfie, bo akurat korek ma ładne światło.

I powiem ci, ten spektakl nigdy się nie kończy.
Bo ludzie wierzą, że ruch uliczny jest o jeżdżeniu.

A ja, kot, wiem, że jest o jednym:
o nieustannym testowaniu cierpliwości – własnej i cudzej.

Wieczorem zamykam oczy, przeciągam się na parapecie i myślę, że dobrze, że jestem kotem.
Gdybym był człowiekiem, musiałbym w tym wszystkim uczestniczyć.
A tak?
Jestem tylko widzem.

W loży najwyższej jakości.
Z najlepszym widokiem na koniec świata.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Z mojego parapetu widzę różne ludzkie dziwactwa, ale jedno z nich wywołuje u mnie szczególne ukłucie wątroby. Nie z zawiści, tylko z czystej, biologicznej konsternacji.
Nazywa się to „bieganie”.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści