Przejdź do treści

Ludzie kupują sałatę. Z wyboru - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Ludzie kupują sałatę. Z wyboru

Z mojego parapetu widzę rzeczy, które normalnie powinny trafiać na listę „sygnałów końca świata”. Jednym z nich, bez wątpienia, jest fakt, że ludzie kupują sałatę. Dobrowolnie. Jakby mieli wolny wybór, pełną świadomość i dostęp do prawdziwego jedzenia, a jednak decydują się na coś, co nawet królik uznałby za przejaw braku ambicji.

Sałata. Zielona struktura o wartości odżywczej mokrej chusteczki higienicznej. Gdyby istniał odpowiednik jedzenia w wersji „zrezygnowałem z życia”, to właśnie to byłby liść sałaty. A jednak widzę tych ludzi, jak dumnie pakują ją do wózków, do koszyków, do ekologicznych toreb, które i tak zaraz wyrzucą, bo pachną smutkiem.

Z parapetu obserwuję ich rytuał: człowiek wchodzi do sklepu z miną, jakby codziennie ratował świat własnym zakupem. A potem, zamiast iść po coś sensownego – mięso, coś chrupiącego, coś, co ma teksturę i sens – skręca w alejkę, w której królują liście rozpaczy. I tam, wśród warzywnych koszmarków, dotyka sałaty tak, jakby oceniała ją komisja konkursowa.

Ugniatają te liście, oglądają pod światło, sprawdzają, czy są „chrupiące”. Przecież one są chrupiące tylko wtedy, kiedy udają, że żyją. To nie jest cecha jakości, to reakcja obronna.

A jednak człowiek kupuje. Patrzę i próbuję zrozumieć. Pewnie chodzi o zdrowie. Ludzie mają obsesję „zdrowego odżywiania”, co z mojej perspektywy jest zabawne, bo przecież żyją krócej niż koty, a my jemy rzeczy, które wy byście uznali za nielegalne. Zdrowie w ludzkim wydaniu polega na rezygnacji z przyjemności. A sałata jest absolutną definicją rezygnacji.

Człowiek kupujący sałatę wygląda zawsze tak samo: mina cierpiętnika, który postanowił zrobić coś dobrego… nie wiadomo dla kogo. Dla siebie? Nie. Człowiek nie cierpi robić czegoś dobrego dla siebie. Dla społeczeństwa? Wątpię. Sałata nie zmienia świata. Sałata nie zmienia nic, oprócz konsystencji jelit.
Najbardziej bawi mnie jednak to, że ludzie podają sałatę jako „dodatek do obiadu”. Dodatek. Do czego? Do nudy? Do poczucia winy? Do zdjęcia na Instagramie, na którym niby jedzą zdrowo, ale potem i tak wciągną frytki po ciemku?

Sałata to jedzenie koncepcyjne: brzmi jak zdrowie, wygląda jak roślina, smakuje jak powietrze, a daje tyle energii co moralne wsparcie od teściowej.

A najlepsze, jest to, że istnieją różne rodzaje sałaty. Jakby jeden nieudany koncept jedzenia nie wystarczył. Są sałaty masłowe, lodowe, rzymskie, mieszanki „fit”, „light”, „bio”, „detox”. Wszystkie nawożone tym samym kłamstwem: „to dobre dla ciebie”. Gdyby sałata była naprawdę dobra, to koty by ją jadły. A nie jedzą. I to powinno wam coś mówić.

Ludzie kupują sałatę czasem z poczucia winy. Patrzą na siebie w lustro, robią te swoje „postanowienia”, jakby każdy rok był nową szansą, po czym wyrzucają z koszyka wszystko, co smaczne.

I zostaje im sałata.
Taka smutna, leżąca na dnie torby, jak symbol tego, że człowiek znowu idzie złą drogą.

Najśmieszniejsze są jednak te rozmowy:
– „Muszę jeść zdrowiej.”
– „To jedz sałatę!”
– „Tak, to będzie dobre.”

I ja z mojego parapetu słyszę ten dialog i mam ochotę zejść na dół, wskoczyć im na blat i powiedzieć: „Nie, nie będzie dobre. Ani zdrowe, ani smaczne, ani dające życie. To tylko liść. Przestańcie udawać, że to coś więcej.”

Sałata jest tak lekka, że jak postawisz ją obok przeciągu, to ona odleci jak wasze nadzieje na normalność.

A człowiek to je.
Z wyboru.
Dobrowolnie.

Patrzę też na te momenty, gdy ludzie kupują sałatę jako „bazę do posiłku”. Bazą do posiłku jest coś, co daje energię. Mięso. Makaron. Kasza. Tłuszcz. Coś, co kot szanuje.

Sałata?
To nie baza.
To dekoracja.
Jak konfetti na pogrzebie.

Ale jest jedna rzecz, która przebija wszystko:
Człowiek potrafi kupić sałatę, położyć ją w lodówce, zapomnieć, a potem wyrzucić.

I robi to regularnie.
Rok w rok, miesiąc w miesiąc.
To nie jedzenie.
To abonament na poczucie winy.

Z parapetu widzę ten cykl:
kupienie, schowanie, niezjedzenie, wyrzucenie.
Powtarza się tak często, że mogę ustawić według tego zegar.
Kot patrzy na to i rozumie jedno:
to nie sałata jest głupia.

To człowiek nie rozumie, że natury nie da się oszukać.
Jeśli coś smakuje jak tektura, ma energię tektury i wygląda jak tektura, to nie stanie się nagle ambrozją tylko dlatego, że człowiek chce być „fit”.

A kiedy już widzę, jak człowiek siada z tą swoją sałatą, miesza ją, polewa sosem, kombinuje, żeby miała chociaż cień smaku, to wiem jedno:
on tak naprawdę nie je sałaty.
On je sos.
Sałata jest tylko alibi.

I wtedy naprawdę zaczynam myśleć o końcu cywilizacji.
Bo jeśli gatunek, który wymyślił ogień, ser, pieczeń, czekoladę i pizzę…
dobrowolnie wybiera liść…
to znaczy, że coś poszło bardzo, bardzo nie tak.

A ja?
Ja siedzę na parapecie, jem to, co ma sens, i patrzę, jak człowiek próbuje zjeść zieleninę, która nawet nie smakuje jej samej.
Koniec świata nie przyjdzie z hukiem.

Przyjdzie z chrupnięciem sałaty.
I będzie to dźwięk przegranego zakładu z rzeczywistością.





Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Z mojego parapetu obserwuję wiele ludzkich tragedii, ale jest jedna, która rozgrywa się codziennie, z punktualnością godną kota szykującego się do drzemki. To spektakl jednego aktora:
człowieka, który codziennie gubi klucze.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści