Przejdź do treści

Ten, co gubi klucze, codziennie - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Ten, co gubi klucze. Codziennie

Z mojego parapetu obserwuję wiele ludzkich tragedii, ale jest jedna, która rozgrywa się codziennie, z punktualnością godną kota szykującego się do drzemki. To spektakl jednego aktora: człowieka, który codziennie gubi klucze.

Gubi je rano.
Gubi je wieczorem.
Gubi je wtedy, kiedy ma czas i zwłaszcza wtedy, kiedy go nie ma.
Gubi je w sposób, który sugeruje, że jest to jego życiowa misja.

A ja?
Ja siedzę, patrzę, ziewam i zastanawiam się, jak gatunek zdolny do opanowania ognia, kosmosu i robienia kawy o smaku karmelizowanych marzeń, potrafi regularnie zgubić cztery kawałki metalu spięte kółkiem.

Każdy poranek wygląda tak samo.
Najpierw wchodzi chaos.
Człowiek wstaje, niby gotowy, niby ogarnięty, niby wie, że trzeba iść do pracy.
Ale nagle pada sakramentalne:
„Gdzie są moje klucze?!”

W tym momencie świat milknie.
Ptaki przestają ćwierkać.
Nawet ja przestaję myć łapę, bo wiem, że zaczyna się rytuał, którego finał zawsze będzie taki sam.

Następuje faza pierwsza: zaprzeczenie.
Człowiek stoi pośrodku pokoju i mówi: „Przecież tu były.”
Przecież.
Jakby to cokolwiek wyjaśniało.

Potem faza druga: poszukiwania.
To moment, w którym człowiek zaczyna zaglądać w miejsca, które z definicji nie mogą zawierać kluczy.
Pod poduszką?
W lodówce?
W koszu na pranie?
W misce kota?
Na moim parapecie?!

A ja patrzę i myślę:
Jeśli klucze kiedyś trafią do mojego legowiska, to tylko po to, by odejść z godnością.

Następnie wchodzi faza trzecia: rozpacz połączona z filozofią.
Człowiek nagle zaczyna rozważać sens życia, ustroju i organizacji przestrzennej własnych kieszeni. Padają zdania:
„Dlaczego ja?”
„Przecież odkładam je zawsze w to samo miejsce!”

To zabawne, bo miejsce, o którym mówi, jest co najmniej pięcioma różnymi lokalizacjami, często rotującymi jak gatunki krótkich romansów.

W końcu nadchodzi faza czwarta: oskarżenia.
Oskarżony jest każdy.
Pańcia.
Dzieci.
Sąsiad.
Przeciąg.
Kot.
Zawsze kot.
Jakbyśmy mieli czas, ochotę i potrzebę zbierać klucze.
Gdybym chciał zgromadzić wasze klucze, już dawno miałbym całą kolekcję i wymienił ją na stek.
Ale nie.
Wina kota to wygodny koncept.

Człowiek rzuca mi spojrzenie, które w jego mniemaniu jest oskarżycielskie, a ja patrzę z powrotem jak ktoś, dla kogo jego dramat jest tylko poranną operetką. On się gotuje, ja mrugam.
Dynamika idealna.

Potem wchodzi faza piąta: cud.
Klucze znajdują się zawsze tam, gdzie leżały od początku.

W kieszeni, w kurtce.
Na stole.
W torbie.

W miejscu, do którego człowiek patrzył trzy razy, ale dalej nie zauważył, bo ludzkie oczy widzą tylko to, co chcą, a nie to, co jest.
A kiedy w końcu je znajdzie, podnosi je z miną odkrywcy nowych kontynentów.
Jakby odnalazł skarb, a nie symbol własnego chaosu.

Wieczorem historia zaczyna się od nowa, bo człowiek, mimo codziennych cierpień, nie umie wyciągnąć wniosków.

Człowiek mógłby mieć haczyk na klucze.
Specjalny koszyk.
Mógłby je przypiąć do spodni.
Mógłby nawet zrobić sobie tatuaż „ODŁÓŻ JE W JEDNO MIEJSCE”.

Ale nie.
To byłoby za proste.
Za logiczne.
Za bardzo nie w stylu człowieka.
Gubi więc dalej.
Codziennie.
Czasem dwa razy dziennie, jeśli wszechświat jest w nastroju do żartów.

Z mojego parapetu wygląda to jak serial, który ciągnie się od lat i w którym nikt nie zmienia scenografii ani fabuły.
Każdy odcinek to nowe poszukiwania, nowe dramaty i nowe przekleństwa wypowiadane pod adresem rzeczywistości.

Co jest w tym wszystkim najgorsze?
Człowiek naprawdę wierzy, że jest to jednorazowy problem.
Mówi: „Muszę się ogarnąć.”
I ja wtedy podnoszę wzrok znad łapy i myślę:
„Ty się nie ogarniesz. Ty jesteś z gatunku wiecznej improwizacji.”

A klucze?
Klucze są niewinne.
One tylko chcą mieć spokój.

Gdyby mogły, same przyczepiłyby się do człowieka, żeby uniknąć porannej farsy.

Patrzę na tego człowieka z góry – jak biega, klnie, krąży po mieszkaniu jak obłąkany gołąb w galerii handlowej – i wiem jedno:
gubienie kluczy nie jest problemem.

To sposób życia.
Styl bycia.
Filozofia.
Człowiek bez chaosu uschnąłby jak roślina w ciemnym garażu.

Kot ma zasady.
Kot odkłada rzeczy tam, gdzie chce.

Ale kot pamięta.
Człowiek nie.

Człowiek żyje w nieustannym zdziwieniu nad własnymi czynami.
I dlatego codziennie oglądam ten sam serial o kluczach i człowieku, który ich nie ogarnia.

A przecież wystarczyłoby jedno:
nauczyć się żyć jak kot.
Odłożyć.
Zapamiętać.
Nie panikować.

Ale wiem, to byłoby zbyt proste.
A człowiek żyje po to, żeby komplikować nawet to, co ma kółko do trzymania.

Kończę, bo znowu słyszę z dołu znajome „gdzie ja je znowu położyłem?!”.
Sezon trwa.
Nowy odcinek właśnie się zaczyna.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Z mojego parapetu obserwuję jedną z największych tajemnic ludzkości. Nie chodzi o to, dlaczego człowiek wierzy reklamom. Nie chodzi o to, czemu płaci za wodę w butelkach, mając kran w kuchni. Chodzi o coś znacznie poważniejszego:
jak można mieć siedemnaście par butów i jednocześnie absolutnie żadnego czasu.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści