Przejdź do treści

Kwiaty na balkonie, które giną jak ofiary kultu - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Kwiaty na balkonie, które giną jak ofiary kultu

Z mojego parapetu balkon człowieka wygląda jak laboratoryjna scena eksperymentu, w którym nikt nie panuje nad zmiennymi. Człowiek uważa, że to ogród. Ja uważam, że to miejsce składania ofiar. A ofiarami są oczywiście kwiaty, które co roku giną z powodu nadziei, ignorancji i niepokojącej ludzkiej skłonności do udawania, że „tym razem naprawdę się przyłożą”.

Sezon zaczyna się zawsze tak samo. Człowiek wraca z marketu, objuczony roślinami, z miną zdobytą gdzieś między działem ogrodowym a kasą samoobsługową. Mówi, że „trochę zaszalał”. Ja bym powiedział, że przyszedł z bronią masowego rażenia i zamierza ją aktywować na balkonie. W jednej ręce pelargonie tak wielkie, że mogłyby posłużyć za hamak, w drugiej zioła, które umrą w ciągu 48 godzin. Optymizm bije od niego jak ciepło od grzejnika. Niebezpieczne i niepotrzebne.

Pierwsze dni to czas radosnej iluzji. Człowiek podlewa rośliny z przesadnym entuzjazmem — czasem dwa razy dziennie. Słyszę, jak woda przelewa się z doniczek, bulgocze, jakby rośliny błagały o chwilę wytchnienia, a człowiek wzdycha z dumą: „Ale ładnie piją!”. Przepraszam bardzo — piją? One toną. Kot, gatunek wyczulony na minimalną ilość wilgoci, patrzy na to z przerażeniem. Gdyby człowiek tak podlewał mnie, siedziałbym na wrotach arki Noego.

Na tym etapie balkon wygląda jeszcze jak folder reklamowy. Zdjęcia idą na Instagram: „Moja mała dżungla!”. Jasne. Mała dżungla, która w rzeczywistości jest poczekalnią na zagładę. Kot wie. Kot patrzy. Kot się nie myli.

W drugim tygodniu zaczyna się moment prawdy. Niektóre rośliny więdną, inne brązowieją, jeszcze inne zapadają się w sobie jak ludzie po nieudanej diecie. Człowiek pochyla się nad doniczkami, marszczy brwi, dotyka zwiędłych liści i mówi:

„No nie wiem, o co chodzi… Przecież wszystko robię jak trzeba.”
I tu jest sedno dramatu: człowiek myśli, że „jak trzeba” to według jakiejś uniwersalnej, magicznej instrukcji w jego głowie. Tylko że ta instrukcja jest bardziej błędna niż jego próby parkowania równoległego. Rośliny nie cierpią entuzjazmu. One potrzebują umiaru. A umiar to słowo, którego człowiek nie ma w słowniku.

Kolejny etap: obsesyjne przestawianie roślin. To klasyk.
Rano kwiat stoi w słońcu.
Po południu — w cieniu.
Wieczorem — w kuchni, „żeby odpoczął”.
Następnego dnia znów wraca na balkon, bo człowiek przeczytał na forum, że „świeże powietrze działa cuda”.

Kot widzi ten chaos i naprawdę zastanawia się, jakim cudem ludzie potrafią planować wakacje, skoro nie potrafią znaleźć stałego miejsca dla jednej rośliny. Rośliny są jak koty — nie znoszą zmian, nie znoszą przestawiania, a już na pewno nie lubią być przerzucane z kąta w kąt, jakby brały udział w reality show pt. „Przetrwaj, jeśli potrafisz”.

W trzecim tygodniu zaczyna się faza lamentu.
Człowiek mówi do roślin:
„Nie poddawaj się, jestem przy tobie.”
Człowiek mówi to do roślin.
ROŚLIN.

Kot wtedy musi zejść z parapetu, bo krztusi się śmiechem.
To jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna czuć winę, ale jeszcze jej nie rozumie. Brązowe liście obrywa z czułością, której nie widziałem nigdy, gdy drapałem mu kanapę. Podlewa już nie z entuzjazmem, ale z desperacją. Jakby ta woda mogła odwrócić czas, a nie tylko przyspieszyć gnijący proces. Kot patrzy i myśli: „Po co to wszystko? Przecież ja bym to załatwił jednym kopnięciem z parapetu”.

Czwarty tydzień to faza „szukanie winnych”.
I uwierz mi, Mistrzu — wina NIGDY nie leży po stronie człowieka.
Przynajmniej w jego narracji.
Najpierw obwinia słońce.
Potem wiatr.
Potem sąsiada, który „chyba coś pryskał”.
A na końcu — samą roślinę:
„No widocznie słaba była.”
To nie roślina była słaba.
To człowiek był silny.
Za silny.
Zbyt intensywny, zbyt chaotyczny, zbyt… sobą.

A potem przychodzi ostatnia faza — akceptacja. Nie taka mądra, dojrzała akceptacja. Raczej zmęczone wzruszenie ramionami:
„No trudno, kupię nowe.”
I kupi.

Bo człowiek wierzy, że cykl śmierci i odrodzenia istnieje po to, żeby mógł jeszcze raz spróbować. A kot wie, że cykl istnieje po to, żeby rok w rok śmiać się z tego samego człowieka, który wciąż nie zauważa oczywistego:
nie każdy powinien mieć balkon, a już na pewno nie każdy powinien mieć rośliny.

Rośliny giną więc jak ofiary kultu: składane w imię marzeń o estetyce, harmonii i byciu „bliżej natury”. Tyle że natura, gdyby mogła, wystawiłaby zakaz zbliżania się człowieka na odległość metra do jakiegokolwiek życia zielonego.

I zostaje tylko kot. Kot, który siedzi na parapecie, obserwuje to od lat i dochodzi do jednego wniosku:
jeśli na balkonie człowieka coś naprawdę ma szansę przetrwać, to kot.
Ale tylko dlatego, że ma dość rozumu, żeby zejść z balkonu, zanim zrobi się dramat.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Wróble i inne istoty bardziej ogarnięte niż wy
Wróbel to mała maszyna do życia. Zero coachingu, zero aplikacji motywacyjnych, zero podcastów o produktywności, zero notatek w bullet journalu. A mimo to wróbel wstaje rano i po prostu robi rzeczy. Bez wahania. Bez dramatów. Bez pytań o sens. Człowiek natomiast wstaje i od razu jest zmęczony samym faktem, że żyje. To jest najczystsza biologiczna różnica między wami a resztą świata: wy nie musicie mieć problemów. Wy je tworzycie.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści