Kwiaty na balkonie, które giną jak ofiary kultu
Z mojego parapetu balkon człowieka wygląda jak laboratoryjna scena eksperymentu, w którym nikt nie panuje nad zmiennymi. Człowiek uważa, że to ogród. Ja uważam, że to miejsce składania ofiar. A ofiarami są oczywiście kwiaty, które co roku giną z powodu nadziei, ignorancji i niepokojącej ludzkiej skłonności do udawania, że „tym razem naprawdę się przyłożą”.
Sezon zaczyna się zawsze tak samo. Człowiek wraca z marketu, objuczony roślinami, z miną zdobytą gdzieś między działem ogrodowym a kasą samoobsługową. Mówi, że „trochę zaszalał”. Ja bym powiedział, że przyszedł z bronią masowego rażenia i zamierza ją aktywować na balkonie. W jednej ręce pelargonie tak wielkie, że mogłyby posłużyć za hamak, w drugiej zioła, które umrą w ciągu 48 godzin. Optymizm bije od niego jak ciepło od grzejnika. Niebezpieczne i niepotrzebne.Pierwsze dni to czas radosnej iluzji. Człowiek podlewa rośliny z przesadnym entuzjazmem — czasem dwa razy dziennie. Słyszę, jak woda przelewa się z doniczek, bulgocze, jakby rośliny błagały o chwilę wytchnienia, a człowiek wzdycha z dumą: „Ale ładnie piją!”. Przepraszam bardzo — piją? One toną. Kot, gatunek wyczulony na minimalną ilość wilgoci, patrzy na to z przerażeniem. Gdyby człowiek tak podlewał mnie, siedziałbym na wrotach arki Noego.
Na tym etapie balkon wygląda jeszcze jak folder reklamowy. Zdjęcia idą na Instagram: „Moja mała dżungla!”. Jasne. Mała dżungla, która w rzeczywistości jest poczekalnią na zagładę. Kot wie. Kot patrzy. Kot się nie myli.
W drugim tygodniu zaczyna się moment prawdy. Niektóre rośliny więdną, inne brązowieją, jeszcze inne zapadają się w sobie jak ludzie po nieudanej diecie. Człowiek pochyla się nad doniczkami, marszczy brwi, dotyka zwiędłych liści i mówi:
„No nie wiem, o co chodzi… Przecież wszystko robię jak trzeba.”
I tu jest sedno dramatu: człowiek myśli, że „jak trzeba” to według jakiejś uniwersalnej, magicznej instrukcji w jego głowie. Tylko że ta instrukcja jest bardziej błędna niż jego próby parkowania równoległego. Rośliny nie cierpią entuzjazmu. One potrzebują umiaru. A umiar to słowo, którego człowiek nie ma w słowniku.
Kolejny etap: obsesyjne przestawianie roślin. To klasyk.
Rano kwiat stoi w słońcu.
Po południu — w cieniu.
Wieczorem — w kuchni, „żeby odpoczął”.
Następnego dnia znów wraca na balkon, bo człowiek przeczytał na forum, że „świeże powietrze działa cuda”.
Rano kwiat stoi w słońcu.
Po południu — w cieniu.
Wieczorem — w kuchni, „żeby odpoczął”.
Następnego dnia znów wraca na balkon, bo człowiek przeczytał na forum, że „świeże powietrze działa cuda”.
Kot widzi ten chaos i naprawdę zastanawia się, jakim cudem ludzie potrafią planować wakacje, skoro nie potrafią znaleźć stałego miejsca dla jednej rośliny. Rośliny są jak koty — nie znoszą zmian, nie znoszą przestawiania, a już na pewno nie lubią być przerzucane z kąta w kąt, jakby brały udział w reality show pt. „Przetrwaj, jeśli potrafisz”.
W trzecim tygodniu zaczyna się faza lamentu.
Człowiek mówi do roślin:
„Nie poddawaj się, jestem przy tobie.”
Człowiek mówi do roślin:
„Nie poddawaj się, jestem przy tobie.”
Człowiek mówi to do roślin.
ROŚLIN.
ROŚLIN.
Kot wtedy musi zejść z parapetu, bo krztusi się śmiechem.
To jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna czuć winę, ale jeszcze jej nie rozumie. Brązowe liście obrywa z czułością, której nie widziałem nigdy, gdy drapałem mu kanapę. Podlewa już nie z entuzjazmem, ale z desperacją. Jakby ta woda mogła odwrócić czas, a nie tylko przyspieszyć gnijący proces. Kot patrzy i myśli: „Po co to wszystko? Przecież ja bym to załatwił jednym kopnięciem z parapetu”.
Czwarty tydzień to faza „szukanie winnych”.
I uwierz mi, Mistrzu — wina NIGDY nie leży po stronie człowieka.
Przynajmniej w jego narracji.
I uwierz mi, Mistrzu — wina NIGDY nie leży po stronie człowieka.
Przynajmniej w jego narracji.
Najpierw obwinia słońce.
Potem wiatr.
Potem sąsiada, który „chyba coś pryskał”.
A na końcu — samą roślinę:
„No widocznie słaba była.”
Potem wiatr.
Potem sąsiada, który „chyba coś pryskał”.
A na końcu — samą roślinę:
„No widocznie słaba była.”
To nie roślina była słaba.
To człowiek był silny.
Za silny.
Zbyt intensywny, zbyt chaotyczny, zbyt… sobą.
To człowiek był silny.
Za silny.
Zbyt intensywny, zbyt chaotyczny, zbyt… sobą.
A potem przychodzi ostatnia faza — akceptacja. Nie taka mądra, dojrzała akceptacja. Raczej zmęczone wzruszenie ramionami:
„No trudno, kupię nowe.”
„No trudno, kupię nowe.”
I kupi.
Bo człowiek wierzy, że cykl śmierci i odrodzenia istnieje po to, żeby mógł jeszcze raz spróbować. A kot wie, że cykl istnieje po to, żeby rok w rok śmiać się z tego samego człowieka, który wciąż nie zauważa oczywistego:
nie każdy powinien mieć balkon, a już na pewno nie każdy powinien mieć rośliny.
nie każdy powinien mieć balkon, a już na pewno nie każdy powinien mieć rośliny.
Rośliny giną więc jak ofiary kultu: składane w imię marzeń o estetyce, harmonii i byciu „bliżej natury”. Tyle że natura, gdyby mogła, wystawiłaby zakaz zbliżania się człowieka na odległość metra do jakiegokolwiek życia zielonego.
I zostaje tylko kot. Kot, który siedzi na parapecie, obserwuje to od lat i dochodzi do jednego wniosku:
jeśli na balkonie człowieka coś naprawdę ma szansę przetrwać, to kot.
Ale tylko dlatego, że ma dość rozumu, żeby zejść z balkonu, zanim zrobi się dramat.
Ale tylko dlatego, że ma dość rozumu, żeby zejść z balkonu, zanim zrobi się dramat.
Na marginesie
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.
Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Wróble i inne istoty bardziej ogarnięte niż wy
Wróbel to mała maszyna do życia. Zero coachingu, zero aplikacji motywacyjnych, zero podcastów o produktywności, zero notatek w bullet journalu. A mimo to wróbel wstaje rano i po prostu robi rzeczy. Bez wahania. Bez dramatów. Bez pytań o sens. Człowiek natomiast wstaje i od razu jest zmęczony samym faktem, że żyje. To jest najczystsza biologiczna różnica między wami a resztą świata: wy nie musicie mieć problemów. Wy je tworzycie.
