Odchudzanie w poniedziałek – ludzki rytuał porażki
Gdyby ludzie byli kotami, świat byłby spokojniejszy, pełniejszy drzemek i zdecydowanie mniej absurdalnych obietnic. Niestety ludzie mają swoje rytuały, a jednym z ich największych cudów samookłamywania jest odchudzanie zaczynane w poniedziałek. Poniedziałek to dla człowieka dzień mityczny. Magiczny. Jakby przez sześć dni nie mieli władzy nad swoim życiem, a nagle w poniedziałek dostają supermoce: silną wolę, dyscyplinę, świeży zeszyt i buty do biegania.
Ja obserwuję to z parapetu i naprawdę trudno mi nie przewrócić oczami. Człowiek mówi: „Od poniedziałku dieta”. I przez chwilę wygląda, jakby naprawdę wierzył w to, co mówi. Poważna mina, głos niby pewny, nawet ręce ułożone jak u mędrca. Ale ja widzę wszystko. Widzę te błyszczące oczy, które już wiedzą, że w niedzielę o 23:40 jeszcze wciągnie połowę lodówki „na pożegnanie”. To jest rytuał przejścia: ostatnia uczta, po której rzekomo nastąpi przemiana. Jakby przemiana była wynikiem nadprogramowego kebaba, a nie zmianą nawyków.Najbardziej bawi mnie ta ludzka wiara w siłę kalendarza. Przecież poniedziałek jest taki sam jak każda środa czy piątek. Nic w nim nie ma wyjątkowego poza tym, że człowiek nadał mu funkcję restartu. Kot nie potrzebuje restartu. Ja po prostu idę spać. I gdy wstanę, jestem nowy. Człowiek wstaje i jest jeszcze bardziej zmęczony niż był przed spaniem. A potem mówi, że „od poniedziałku”.
Ale dobrze. Przejdźmy krok po kroku przez ten cudowny rytuał porażki, który ludzie tak pielęgnują.
Etap pierwszy: nagłe oświecenie
Człowiek patrzy w lustro i mówi: „Trzeba coś z tym zrobić”. Sformułowanie tak nieprecyzyjne, że nawet ja nie wiem, o co chodzi, a znam się na patrzeniu w lustro lepiej niż niejedna influencerka. Potem pojawia się myśl: „Od poniedziałku”. Jakby to nie lustro było problemem, tylko brak daty.
Etap drugi: lista zakupów jak dla sportowca
Człowiek idzie do sklepu i nagle kupuje wszystko, co zielone. Wszystko, co fit. Wszystko, co pachnie zdrowiem. Potem wraca do domu z torbą pełną jarmużu, którego nikt nie lubi, nawet jarmuż. Kupuje też wodę kokosową za milion monet, jakieś nasiona, które wyglądają jak karma dla mnie, tylko trzy razy droższe. I jeszcze „smoothie detox”, czyli sok z trawy z nutą rozczarowania.
Ja wtedy siedzę na lodówce jak posąg i patrzę, jak człowiek układa te wszystkie zdrowe cuda na półkach. I wiem. Po prostu wiem. Że połowa z nich wyląduje w koszu za tydzień, bo „zapomniał użyć”.
Etap trzeci: ostatnia wieczerza
Niedziela wieczór. Człowiek wciąga wszystko, czego nie będzie mógł jeść „od jutra”. Pączki, burgery, chipsy, ser, cola, batoniki, ciasto, jakieś resztki makaronu, w sumie to wszystko. To jest piękna rzecz, ten ludzki dramat. Rozstaje się z jedzeniem jak z dawną miłością: czule, namiętnie, z poczuciem nieuniknionej straty. Ja w tym czasie obserwuję ze stołu, jak w zwolnionym tempie znika ostatni kawałek pizzy, bo człowiek „nie chce marnować jedzenia”. Oczywiście. Bo marnować można tylko zdrowe rzeczy.
Etap czwarty: Pontifikowanie o nowym życiu
Poniedziałek. Człowiek wstaje z poczuciem misji. Pije wodę. Robi owsiankę. Patrzy w aplikację fitness. Nawet wciąga brzuch podczas mycia zębów. Wszystko wygląda jak idealny początek rewolucji.
Ja z kolei przeciągam się na łóżku, patrzę na tę determinację i mruczę: „Dajmy temu dwa, góra trzy dni”.
Etap piąty: zderzenie z życiem
Pierwsze potknięcie pojawia się jeszcze przed południem. Ktoś w pracy przyniósł ciasto. Albo baton. Albo pizzę. Albo po prostu człowiek zobaczył jedzenie i przypomniał sobie, że jest człowiekiem. I zaczyna się rozmowa z sumieniem:
„To tylko kawałek.”
„Zjem dzisiaj, jutro wrócę do diety.”
„Przecież jestem tylko człowiekiem.”
„To tylko kawałek.”
„Zjem dzisiaj, jutro wrócę do diety.”
„Przecież jestem tylko człowiekiem.”
I ja, kot, jedyny zdrowy rozsądek w tym domu, patrzę i wiem: dieta właśnie umarła. Śmiercią szybką, elegancką, bez cierpienia.
Etap szósty: odkładanie na później
Po pierwszym potknięciu nadchodzi myśl, którą znamy wszyscy:
„Dobra, trudno. Od następnego poniedziałku.”
„Dobra, trudno. Od następnego poniedziałku.”
I cykl zaczyna się od nowa. Jarmuż, ostatnia wieczerza, poniedziałkowa duma, środa z ciastkiem, niedzielna rozpacz. To ludzki taniec porażki. Rytualny. Przewidywalny. Uroczo bezsensowny.
Ja nie jestem złośliwy… dobra, jestem. Ale mówię to z troski. Ludzie nie rozumieją jednej prostej prawdy: kot nie potrzebuje diety. Kot instynktownie wie, kiedy ma dość, czego nie tknie, co mu szkodzi. Człowiek nie wie nic. Dlatego je wszystko, a potem płacze nad wagą, jakby ta waga sama z siebie rosła.
A puenta?
Poniedziałek nie ma żadnej mocy.
To tylko dzień.
To tylko dzień.
Jeśli człowiek naprawdę chce coś zmienić, zaczyna od teraz.
A jeśli mówi „od poniedziałku”, to znaczy, że chce zmienić… ale nie za bardzo.
A jeśli mówi „od poniedziałku”, to znaczy, że chce zmienić… ale nie za bardzo.
Kot nie czeka na poniedziałek.
Kot po prostu robi.
Albo śpi.
I w obu przypadkach wychodzi mu to lepiej niż ludziom ich diety.
Kot po prostu robi.
Albo śpi.
I w obu przypadkach wychodzi mu to lepiej niż ludziom ich diety.
Na marginesie
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.
Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Człowiek to jedyny gatunek, który potrafi zgubić się we własnym życiu, po czym zamiast przystanąć, rozejrzeć się i wziąć głęboki oddech, biegnie prosto w nieznane, machając rękami jakby gonił go pies sąsiadki. A gdy zaczyna dostrzegać, że coś jest nie tak, nie pyta siebie, nie patrzy, nie analizuje. Nie. Człowiek robi coś o wiele bardziej dramatycznego: zapisuje się na coaching.
