Coaching: jak nie iść dalej, tylko szybciej w ścianę
Człowiek to jedyny gatunek, który potrafi zgubić się we własnym życiu, po czym zamiast przystanąć, rozejrzeć się i wziąć głęboki oddech, biegnie prosto w nieznane, machając rękami jakby gonił go pies sąsiadki. A gdy zaczyna dostrzegać, że coś jest nie tak, nie pyta siebie, nie patrzy, nie analizuje. Nie. Człowiek robi coś o wiele bardziej dramatycznego: zapisuje się na coaching.
Z mojego kociego punktu widzenia coaching jest jak kupowanie drogich zabawek dla kota: wygląda ładnie, robi dużo hałasu, ale i tak skończy się na tym, że bawię się kartonem. Ludzie jednak uwielbiają to uczucie, że ktoś im powie, jak żyć. Ja nie potrzebuję porad – ja wiem, jak żyć. Natomiast człowiek najwyraźniej nie wie. Mimo tysięcy lat praktyki.Coaching to taka cudowna idea, że „możesz wszystko, jeśli tylko mocno w to wierzysz”. A ja patrzę i myślę: nie, nie możesz. Jeśli jesteś człowiekiem, nie wskoczysz na szafę z miejsca. Nie przebiegniesz maratonu po trzech dniach treningu. Nie staniesz się milionerem, bo ktoś ci powiedział, że „energia podąża za uwagą”. Moja energia podąża za miską. I to jest jedyny realny kierunek.
Ludzie kochają to motywacyjne gadanie, bo brzmi ładnie. Tylko że ładne słowa nie zmieniają życia. Koty wiedzą, że świat działa konkretnie: albo wskoczysz na parapet, albo nie. A coaching mówi człowiekowi, że jeśli pięć osób powie mu „dasz radę”, to nagle stanie się inną istotą. Nie stanie się. Jedyną różnicą będzie to, że jest o kilkaset złotych lżejszy.
Najbardziej bawi mnie coachingowy kult akcji. Słynne „idź dalej, działaj, nie zatrzymuj się!”. Człowiek w to wierzy, słucha jak zaczarowany, a ja siedzę obok i mam ochotę zakomunikować to, czego coachowie boją się powiedzieć:
Jeśli idziesz w złym kierunku, to bieganie szybciej nie pomaga.
To nie droga jest problemem. To kierunek. Ale coach nie powie: „Człowieku, robisz głupoty, przestań”. Coach powie: „Wierz w siebie bardziej!”. No tak. Jakby ściana zniknęła, bo zrobisz afirmację „jestem lekki i przenikam przez przeszkody”.
Człowiek słucha coacha, zapisuje w zeszycie trzy strony haseł, które brzmią jak reklama energetyka, a potem wraca do domu i… co? Dalej robi to samo, co robili wcześniej. Tylko szybciej. I z nową mantrą: „nie poddaję się!”. Ja, kot, wiem, że czasem najlepszą strategią jest przestać, położyć się i poczekać. Gdybym ja biegał na oślep, musiałbym mieć ubezpieczenie.
Ulubiony fragment coachingowej magii to ten, w którym coach próbuje wmówić człowiekowi, że to, co wygląda jak ściana, to tak naprawdę „wyzwanie rozwojowe”. Mistrzu, ściana to ściana. Jeśli coś ma twardy materiał i nie możesz przez to przejść, bo łamiesz sobie nos – to nie jest metafora. To fizyka.
Coaching zaś działa jak doping emocjonalny: podkręca na chwilę, napompowuje, człowiek wychodzi z sesji, oddycha głęboko i mówi: „zmieniam życie”. A po dwóch dniach wszystko wraca do normy. Tak jak wraca miska na swoje miejsce po mojej nocnej operacji grawitacyjnej. Rzeczy mają naturalne położenie, a ludzkie nawyki mają naturalną inercję. Coaching tego nie obchodzi, bo celem coachingu nie jest zmiana życia – tylko zmiana humoru człowieka.
Ludzie płacą za to ogromne pieniądze. I to jest piękne. Coach mówi: „Zmienię twoje postrzeganie rzeczywistości”. Ja mówię: „mruczę, bo chcę jedzenia”. Jedno z tych zdań jest szczere i skuteczne. Zgadnij które.
Co najgorsze, coaching tworzy w człowieku iluzję, że każda porażka jest „szansą”. Porażka czasem jest po prostu porażką. Nie trzeba robić z niej coachowego poematu. Ja, gdy nie wskoczę na blat, nie mówię, że „to szansa na rozwój moich kompetencji motorycznych”. Ja po prostu próbuję jeszcze raz. A jak nie mam siły, idę spać. To jest praktyczna filozofia.
Człowiek jednak lubi komplikować wszystko, co proste. Dlatego coaching kwitnie. Bo coaching daje obietnicę, że można żyć lepiej… bez robienia rzeczy, które faktycznie wymagają wysiłku. To taka droga na skróty, która prowadzi w jedno miejsce: szybciej w ścianę.
I wiesz, co widzę potem? Człowiek po kilku sesjach patrzy na swoje życie i zaczyna rozumieć, że wcale nie potrzebował coacha, tylko przerwy. Albo drzemki. Albo przeanalizowania, dlaczego robi głupoty. Ale coach nie powie: „przestań robić głupoty”. Coach powie: „wyznacz cel, wizualizuj sukces i idź przed siebie”.
Tylko że czasem trzeba zawrócić. Albo się zatrzymać. Albo przyznać, że droga jest zła.
Kot wie to od zawsze. Człowiek – dopiero po zderzeniu.
A puenta?
Coaching to sztuka dodawania gazu, gdy należałoby skręcić. Kot nie potrzebuje coacha, żeby nie wbiegać w ściany. Kot widzi ścianę, rozumie ścianę i wie, że ściana jest po to, żeby jej nie dotykać czołem.
Gdyby ludzie mieli choć odrobinę tej kociej mądrości, coaching mógłby stać się tym, czym powinien być od początku: opcjonalny.
A nie życiowo konieczny, bo człowiek zapomniał, jak działa zdrowy rozsądek.
Na marginesie
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.
Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.
Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej

Zaczyna się niewinnie. Człowiek budzi się pewnego ranka, patrzy na swoją szafę, regał i to wszystko, co sam tam wtaszczył przez ostatnie lata, i nagle ma olśnienie. „Za dużo rzeczy. Duszą mnie.”
Nie rzeczy go duszą. Duszą go własne decyzje, ale oczywiście od tego zaczynać nie zamierza. Więc bierze się za to, co umie: sprzątanie rzeczy zamiast sprzątania głowy.
