Przejdź do treści

Praca zdalna – człowiek udaje, kot nie - Kocierewiry – Tu kot mówi ostatnie słowo

www.KocieRewiry.pl
kontakt@kocierewiry.pl
Pomiń menu
Pomiń menu
Praca zdalna – człowiek udaje, kot nie

Praca zdalna to cudowny eksperyment, który ktoś kiedyś wymyślił zapewne przypadkiem, a ludzie przyjęli z entuzjazmem godnym stworzeń, które głęboko wierzą, że tym razem naprawdę będzie inaczej. „W domu będę bardziej efektywny” — mówi człowiek, który w tym samym domu od dwóch lat nie potrafi znaleźć ładowarki do telefonu. Kot siedzi obok i wie swoje. Bo praca zdalna nie jest pracą. Praca zdalna jest spektaklem. Grą pozorów. Maskaradą, w której jedynym szczerym bytem jest kot. A on nawet nie brał udziału w rekrutacji.

Pierwsze, co człowiek robi, to tworzy sobie biurko.
Biurko idealne.
Biurko marzeń.
Takie, które wygląda pięknie przez jedną — jedyną — godzinę.

Porządek, notesik, świeczka, kubek, komputer, lampka. Przez krótką chwilę to wszystko wygląda jak zdjęcie z katalogu wnętrz. Potem człowiek zaczyna żyć. I koniec iluzji. Na biurku ląduje: talerz po śniadaniu, niezamknięty jogurt, skarpetka, dwa paragony, ładowarka nie do tego telefonu, paczka czipsów „do zadań kreatywnych” i — oczywiście — kot. Kot, który uznał, że skoro człowiek zrobił mu miękką powierzchnię, to byłoby nieuprzejmie jej nie zająć.
Człowiek jednak się nie poddaje.

Człowiek siada. Prostuje plecy. Włącza laptopa. I zaczyna udawać pracę.
Przez pięć minut klika energicznie, jakby próbował przewiercić stół. Potem pojawia się to, co zawsze: mikrosekunda zawieszenia. Człowiek patrzy w ekran, a kot widzi, jak pustka w jego głowie próbuje dogonić pustkę w dokumentach Google. Po chwili człowiek postanawia zrobić kawę. Bo „bez kawy nie idzie”. Zrobi ją trzy razy przed południem, a za każdym razem będzie mieć absolutne przekonanie, że to konieczne.

A potem nadchodzi wideokonferencja.
Największa komedia wszechczasów.
Człowiek przygotowuje się do niej jak do ceremonii państwowej: poprawia włosy, ustawia kubek pod odpowiednim kątem, chowa stertę prania poza kadrem i próbuje udawać, że nic nie jest nie tak. Kot widzi jednak wszystko: dres, który pamięta poprzednią epokę; roślinę, która od miesięcy żyje tylko dzięki wilgoci z odechciania; krzesło, które skrzypi jak moralność człowieka, gdy trzeba zrobić zadanie na czas.

Konferencja trwa.
Człowiek kiwa głową.
Człowiek robi minę osoby, która „wnikliwie słucha”.
Człowiek mówi „świetny pomysł”, chociaż nie dosłyszał połowy zdania, bo w tym momencie kot zrzucił coś w kuchni.

Kot przechodzi przed kamerą — majestatycznie, jak zresztą mu przystoi. Człowiek udaje, że to przypadek. Kot wie, że to była interwencja.
Ludzie w pracy zdalnej żyją w ciągłym napięciu.
Nie przed zadaniami.
Przed oceną.
Największy lęk człowieka:
„Czy oni widzą, że nic nie robię?”
Największy lęk kota:
„Czy człowiek właśnie dotknął mojej miski?”

W tym pojedynku widać wyraźnie, kto jest istotą bardziej ugruntowaną w realiach.
Kolejny akt melodramatu to multitasking, czyli próba pogodzenia pracy, gotowania, prania, sprzątania i wstawiania motywującego posta na Facebooka. Człowiek twierdzi, że „ogarnia”. Kot widzi, że człowiek ledwo stoi. Człowiek zaczyna gotować obiad w trakcie pracy, potem zapomina o obiedzie, potem przypala obiad, potem otwiera okno i udaje, że to wina garnka. Kot siedzi na blacie i obserwuje z wyższością dobrze ułożonego drapieżnika: gdyby człowiek miał instynkt, nie doprowadziłby mleka do stanu sadzy.

Najpiękniejszy element pracy zdalnej to nagły wybuch energii, który człowiek ma zawsze… pięć minut przed końcem dnia.
Nagle zaczyna pisać szybciej, klikać intensywniej, mówić głośniej, a jego twarz zdradza to, czego kot nie potrzebuje tłumaczyć: „Muszę zrobić wrażenie, że naprawdę coś robiłem.”
Kot patrzy na tę desperację i wie, że gdyby człowiek był kotem, po prostu przysnąłby w słońcu i poczekał, aż problem sam się rozwiąże. Ludzie jednak nie potrafią czekać. Ludzie muszą udawać.
I tu jest sedno całej sprawy: udawanie.
Praca zdalna jest oceanem udawania.

Udaję, że pracuję.
Udaję, że słucham.
Udaję, że mnie widać.
Udaję, że mnie nie ma.
Udaję, że mam kontrolę.
Udaję, że nie płonę od środka.

Kot niczego nie udaje.
Kot robi dokładnie to, co robi.
Jak śpię — to śpię.
Jak jem — to jem.
Jak ignoruję — to całą duszą.
I nigdy nie przyszłoby mi do głowy udawać, że jestem zajęty tylko po to, żeby ktoś wyżej poczuł, że jego pozycja ma sens.

Najsmutniejsze w pracy zdalnej jest to, że człowiek cały dzień siedzi w domu, ale ani przez chwilę nie jest w nim obecny. Jest w mailach, plikach, stresie, analizach, w lęku przed byciem niewystarczającym.
Kot za to jest zawsze tam, gdzie stoi jego ogon. Całą sobą. I to jest przewaga, której człowiek nigdy nie dogoni — nawet jeśli kupi ergonomiczne krzesło i kurs „jak być bardziej mindful w pracy”.

Gdy dzień się kończy, człowiek zamyka laptopa i natychmiast otwiera nowy zestaw zmartwień: „Czy zrobiłem wystarczająco?”, „czy oni są zadowoleni?”, „czy jutro znowu będzie to samo?”. Kot tymczasem przeciąga się, ziewa i idzie spać. Z poczuciem wykonanej roboty. Bo kot nie musi niczego udowadniać. Kot istnieje. I to wystarcza.

Praca zdalna jest więc ostatecznym testem różnicy między naszymi gatunkami:
człowiek próbuje wyglądać na kompetentnego.
Kot po prostu jest sobą.

I — jeśli świat kiedyś naprawdę będzie potrzebował lidera produktywności, wybierze kota.
Bo tylko kot potrafi zrobić nic… i osiągnąć wszystko.




Na marginesie
Jeśli ten felieton Ci się podobał, to w książce
👉 Jak (nie) wytresować kota
jest tego więcej.
W kocim stylu. 30 rozdziałów ironii, humoru i sytuacji, które znasz aż za dobrze.

Jeśli zamiast śmiechu masz konkretny problem z kotem —
👉 zajrzyj do poradników
krótko, konkretnie i bez gadania.



Jeśli jeszcze nie masz dość… czytaj dalej



Są takie momenty w życiu kota, kiedy nawet moja naturalna cierpliwość – ta, którą według ludzi mam Są takie rzeczy, których kot nie zrozumie, choćby dostał za to całą paczkę najlepszej karmy. Jedną z nich jest ludzka duma z faktu, że…
nie mają futra. Człowiek mówi o tym, jakby wygrał ewolucyjny konkurs piękności, podczas gdy z kociej perspektywy przypomina raczej stworzenie, które zapomniało odebrać swój komplet wyposażenia w punkcie wydania gatunku. A potem chodzi po świecie w syntetycznych szmatach, trzęsie się na wietrze i opowiada, że to „styl”.



Jeśli ten felieton cię rozbawił, zirytował albo chociaż
nie zasnąłeś przed końcem,możesz postawić mi Kawę.

BLIK od 2 zł. Ja wezmę mleczko, człowiek dostanie czarną









Wróć do spisu treści